2026.02 Vietnam

At the border with Cambodia, a grumpy Vietnamese official furiously slams a stamp into my passport and tosses it—half at my face, half into my hands (bless him for being fast and hassle-free though). A few steps later, it gets much friendlier—the lady managing the border toilets exchanges dollars for dongs at a fair rate and tries to organize a bus for me (prices were too high for my taste, so I decided to go on a scouting walk and a few hundred meters away I found a small company offering minibuses at a lower price and surprisingly high standard—ultra-comfy seats, working WiFi!).

In Ho Chi Minh City (aka Saigon), the cheapest accommodation can be found in a rather sketchy district; I try to find a place that looks as little like a brothel as possible and end up in the home of an elderly lady with a wide smile, open to a bit of price negotiation (though not open to cleaning the room; a bit scary to turn on the lights). The next day: sorting out a withdrawal from an ATM (in Vietnam, there is practically no possibility of paying for purchases with a foreign card), a visit to Decathlon, and visiting tourist attractions, which this dynamically developing city has in abundance (my favorite place is the Ho Chi Minh City Museum, which tries to attract with mediocre display cases and authentic tanks and planes, but its greatest value is the swarms of young couples and local influencers having photo sessions in the historic interiors).

On the route from south to north, you can’t skip Hoi An—a very UNESCO-fied and touristy town, but not without charm, especially in the early morning hours when the garish shop displays don’t yet disturb the harmony of the yellow architecture. I arrive here before the Vietnamese New Year, so local street parties are slowly starting to pick up, and it’s worth stopping and getting pulled into the festivities. Sustained by local beer, I take on the karaoke challenge—together with the hosts, we sing soulful Vietnamese songs. I then invite the locals to sing a Polish classic: “Baranek” by Kult, which effectively results in the official closure of the singing party.

The next stop, which I reach by a surprisingly comfortable train (public transport in Vietnam is suspiciously high quality), is beachy Da Nang with its photogenic Dragon Bridge. Right next to the city sits the picturesque Son Tra Peninsula, with a beautiful temple complex and a natural wonder in the form of an endangered monkey species: the stunning Red-shanked Douc (which you can observe by booking an absurdly expensive tour or just by asking around and looking carefully in the designated spot; I’ll happily provide free info on the exact location to those truly interested). In Da Nang, I also happen upon a dress rehearsal for New Year performances by high school music and dance groups. Lots of complicated choreography ending with someone being tossed into the air, while the solemn music gives the heart no choice but to burn with hot love for the socialist homeland.

Slightly further north is the city of Huế , famous for its walled Imperial City, with impressive palace-temple buildings and imposing gates. In addition, scattered around Hue are many tombs of Vietnamese rulers and other nobles—my favorite is definitely the Khai Dinh tomb complex, with an over-the-top ceramic hall where the emperor’s remains lie.

Continuing north, I reach Cat Ba Island (stopping by the quite pleasant Haiphong on the way), which is a kind of extension of Ha Long Bay, offering the same breathtaking views of fantastically formed rocks sticking out of the noble blue sea, but at a lower price and with fewer crowds.

The next stop is Tam Dao, specifically the local bear rescue center (Vietnam Bear Rescue Center), where I have the pleasure of creating video material for Animals Asia, the organization behind this project. A beautiful idea and effective implementation, thanks to which these wonderful animals were rescued from so-called “bile farms.” If anyone doesn’t know what that’s about, I’ll explain briefly: bear bile in traditional Asian medicine, especially Chinese, is a highly valued remedy obtained by forcing a tube into the gallbladder of a defenseless animal locked in a cage, followed by years of painful extraction. The Chinese also believe in the magical-medical power of a bear’s paw, so these types of mutilations are not uncommon either. Thanks to the organization’s involvement, after many years of torture, this practice was ended and the bears were placed in a beautiful location where they can live out the rest of their lives comfortably and stress-free.

Time for the grand finale: Hanoi, the capital. I proceed to sightseeing for a couple of days. I skip the long-queued Ho Chi Minh Mausoleum, where you aren’t allowed to take even half a photo. Instead, I walk the center far and wide and catch the Vietnamese New Year (this time it falls on February 17). Thus, I end the journey through Vietnam with a bang, to the accompaniment of fireworks.

//

Na granicy z Kambodżą naburmuszony wietnamski mundurowy wściekle wbija pieczątkę i rzuca paszport – trochę w twarz, a trochę do rąk własnych (chwała mu za to, że szybko i bezproblemowo). Parę kroków dalej robi się zdecydowanie bardziej przyjaźnie – pani zawiadująca przygraniczną toaletą wymienia dolary na dongi po uczciwym kursie i próbuje zorganizować mi transport autobusem (za wysokie ceny jak na mój gust, postanawiam urządzić sobie spacer-zwiad i paręset metrów dalej znajduję firemkę oferującą minibusy w niższej cenie, w zaskakująco wysokim standardzie – arcywygodne fotele, działające WiFi!).

W Ho Chi Minh City (dawniej Sajgon) najtańsze noclegi można znaleźć w dość szemranej dzielnicy. Trafiam do domu starszej pani z szerokim uśmiechem, skłonnej do lekkiej negocjacji ceny (za to nieskłonnej do sprzątania pokoju – trochę strach włączać światło). Nazajutrz: ogarnięcie wypłaty z bankomatu (w Wietnamie praktycznie nie ma możliwości płacenia za zakupy zagraniczną kartą), wizyta w Decathlonie i zwiedzanie atrakcji turystycznych. Moje ulubione miejsce to Ho Chi Minh City Museum, które stara się przyciągać średnio interesującymi gablotami oraz autentycznymi czołgami i samolotami, ale jego największą wartością są tabuny młodych par i influencerów urządzających sobie sesje fotograficzne w zabytkowych wnętrzach.

Na trasie z południa na północ nie wypada pominąć Hoi An – bardzo „unescowej” i turystycznej miejscowości, niepozbawionej jednak uroku, zwłaszcza w godzinach porannych, gdy pstrokate wystawy sklepików nie zaburzają jeszcze harmonii żółtej architektury. Trafiam tu przed wietnamskim Nowym Rokiem, więc powoli zaczynają się rozkręcać lokalne imprezki uliczne. Posilony miejscowym piwem zabieram się za karaoke – wspólnie z gospodarzami śpiewamy rzewne pieśni, prawdopodobnie o miłości do ojczyzny i o miłości w ogóle. W ramach rewanżu zapraszam lokalsów do odśpiewania „Baranka” Kultu, co skutkuje oficjalnym zakończeniem wokalnej części imprezy.

Następny przystanek to plażowe Da Nang z fotogenicznym mostem w kształcie smoka. Tuż obok usadowiony jest malowniczy półwysep Son Tra z pięknym kompleksem świątynnym oraz cudem natury: przepięknym dukiem wspaniałym (gatunek małpy). Można go poobserwować, bukując drogą wycieczkę lub po prostu rozglądając się uważnie w wyznaczonym miejscu (chętnie udzielę informacji o lokalizacji). W Da Nang wpadam też przypadkiem na próbę generalną występów noworocznych licealnych zespołów muzyczno tanecznych. Dużo skomplikowanych układów, na których koniec koniec ktoś musi kogoś wyrzucić w górę, a podniosła muzyka nie daje sercu wyboru i każe mu zapłonąć gorącą miłością do socjalistycznej ojczyzny.

Nieco dalej na północ znajduje się miasto Hue, słynące z otoczonego murami Cesarskiego Miasta, z nie byle jakimi budynkami pałacowo-świątynnymi i imponującymi bramami. Oprócz tego, wokół Hue rozrzuconych jest sporo grobowców wietnamskich władców i innych możnych – moim faworytem jest kompleks grobowcowy Khai Dinh z kompletnie odjechaną, wyłożoną ceramiką salą, w której spoczywają szczątki cesarza.

Kontynuując marsz na północ, docieram na wyspę Cat Ba, stanowiącą swego rodzaju przedłużenie Zatoki Ha Long (po drodze zahaczając o całkiem sympatyczne miasto Haiphong). Cat Ba oferuje tak samo zapierające dech w piersiach widoki, za to za niższą cenę i przy mniejszym obłożeniu.

Kolejny przystanek to Tam Dao, a dokładnie ośrodek rehabilitacji niedźwiedzi (Vietnam Bear Rescue Center), gdzie mam przyjemność stworzyć materiał video na potrzeby Animals Asia, organizacji odpowiedzialnej za powstanie tego niezwykłego miejsca. Te wspaniałe zwierzęta zostały uratowane z tzw. farm żółciowych. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to spieszę z wyjaśnieniem: żółć niedźwiedzia w tradycyjnej azjatyckiej medycynie, zwłaszcza chińskiej, to wysoko ceniony specyfik, uzyskiwany poprzez wtłoczenie rury do woreczka żółciowego zamkniętego w klatce, bezbronnego zwierzęcia i wieloletnia, bolesna ekstrakcja. Chińczycy wierzą też w magiczno-medyczną moc łapy niedźwiedziej, zatem i tego typu okaleczenia nie są rzadkością. Dzięki zaangażowaniu organizacji udało się zakończyć ten proceder i umieścić niedźwiedzie w przepięknym miejscu, w którym mogą wygodnie i bezstresowo przeżyć resztę życia.

To już prawie koniec, czas zatem na wisienkę na wietnamskim torcie: Hanoi, czyli stolicę. Rozpoczynam kilkudniowe zwiedzańsko. Odpuszczam sobie okolejkowane mauzoleum Ho Chi Minha, w którym nie wolno wykonać nawet pół zdjęcia. Obchodzę za to centrum wzdłuż i wszerz oraz zaliczam wietnamskiego Sylwestra (tym razem wypada 17 lutego). Podróż po Wietnamie kończę zatem z przytupem, w akompaniamencie fajerwerków.

Ho Chi Minh City (Saigon):

Hoi An:

Da Nang:

Huế:

Haiphong:

Cat Ba:

Bears of Vietnam Bear Rescue Center in Tam Dao:

Hanoi:

2026.01 Cambodia


It feels good to return to places you know and people you like (you can read about my previous visit to Cambodia HERE). It was wonderful to see the Cambodian artist Mao again (and attend the official opening of her gallery, complete with a traditional blessing by monks) and her friendly women’s art collective; it was also great to revisit spots from years ago and find new details (we managed, for example, to track down a family of gibbons in Angkor Park), and to tick off a few new cities and places (riverside Kampong Chhnang, friendly Pursat, beachy Kep with its surprising rock formations and caves, as well as Sihanoukville—a shockingly failed project of a casino-city managed by the Chinese, and finally Krong Bavet, also overgrown with casinos and entire blocks of Chinese factories and housing estates).

//


Czasem dobrze jest wrócić do miejsc, które się już zna (poprzednia relacja z Kambodży TUTAJ) i do ludzi, których się lubi. Wspaniale było ponownie spotkać się z kambodżańską artystką Mao (i uczestniczyć w oficjalnym otwarciu jej galerii, połączonym z tradycyjnym poświęceniem miejsca przez mnichów) oraz zaprzyjaźnionym żeńskim kolektywem artystycznym. Fajnie było również ponownie zrobić rundkę po znanych mi już miejscach i odnaleźć w nich wcześniej niedostrzeżone szczegóły (udało się np. wyśledzić rodzinę gibonów w parku Angkor), a także zaliczyć kilka nowych miast (nadrzeczny Kampong Chhnang, sympatyczny Pursat, wczasowy Kep z pobliskimi zaskakującymi formacjami skalnymi oraz Sihanoukville – wstrząsająco nieudany projekt miasta-kasyna zarządzanego przez Chińczyków i wreszcie Krong Bavet, również zachwaszczony kasynami, a także całymi kwartałami chińskich fabryk i osiedli).

Phnom Penh:

Sihanoukville:

Kep:

Kampong Chhnang:

Pursat:

Battambang:

Angkor Wat (Siem Reap):

2025.11 Thailand

Good old Thailand, welcoming us with a warm and sunny December, eternally friendly and smiling… However, with each visit (you can find previous posts about Thailand HERE, HERE and HERE), it feels a bit more calculating and commercialized than the last. Fortunately, remnants of that selfless kindness can still be found on the island of Koh Chang, which we reached after a short stay in Phuket and Bangkok (finally checking off the floating markets—you can get to them on a free “hop on-hop off” style bus).

And the stay on Koh Chang is all about vacations with dogs cared for by the Happy Dogs Koh Chang organization, led by the tireless Martina, supported by regular and occasional helpers. And when off work: exploring the island by scooter, lounging on beaches (the further from the tourist epicenter of White Sand Beach – Klong Prao, the better), having delicious cheap meals in small eateries, and spotting hornbills (basically Asian toucans, but even more wacky in terms of beak design). It’s also about avoiding police patrols looking for “farangs” to squeeze for a bribe. Sadly, it is also home to the regrettable “elephant tourism” (these animals never historically lived on the island; they were brought here recently by local businessmen)—bathing the shackled gentle giants, selfie sessions, and even riding on their backs, all for the amusement of supposedly civilized tourists from the so called West. So shameful!

//

Kochana Tajlandia, witająca ciepłym i słonecznym grudniem, wiecznie przyjazna i uśmiechnięta… Jednak z każdą kolejną wizytą (relacje z poprzednich wizyt w Tajlandii znajdziecie TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) trochę bardziej wyrachowana i skomercjalizowana niż poprzednio. Całe szczęście resztki tej bezinteresownej życzliwości można znaleźć na wysepce Koh Chang, na którą docieramy po krótkim pobycie w Phuket i Bangkoku (gdzie nareszcie zaliczyliśmy floating markets, czyli pływające targowiska – można się do nich dostać darmowym autobusem typu hop on-hop off).

A na Koh Chang – wakacje z psiakami zaopiekowanymi przez organizację Happy Dogs Koh Chang, której szefuje niestrudzona Martina, wspierana przez mniej lub bardziej regularnych pomocników. W wolnych chwilach: objeżdżanie wyspy skuterem, przewalanie się po plażach (im bardziej oddalonych od epicentrum turystyki, czyli odcinka White Sand Beach – Klong Prao, tym lepiej), pyszne i tanie obiadki w małych knajpkach, a także wypatrywanie dzioborożców (azjatyckie odpowiedniki tukanów, tylko jeszcze bardziej „odjechane” pod względem budowy dzioba). To także unikanie patroli policji zaczajającej się na „białasów” i oczekującej łapówki. Niestety, to również pożałowania godna turystyka słoniowa (zwierzęta historycznie nigdy nie zamieszkiwały tej wyspy – sprowadzono je tu niedawno): kąpanie zakutych w łańcuchy kolosów, sesje selfie, a nawet jazda na ich grzbietach – a to wszystko ku uciesze niby cywilizowanych turystów z tzw. Zachodu. Wstyd!

Phuket:

Bangkok:

Ayutthaya:

Koh Chang:

2025.12 Abu Dhabi

Layovers, layovers… Sometimes you hit the jackpot with a connection that actually lets you get out and explore. This time, we’re talking about a city that is anything but ordinary.

Come along for a whirlwind tour of Abu Dhabi, starring the breathtaking Sheikh Zayed Grand Mosque.

//


Przesiadki, przesiadki… Czasami udaje się znaleźć takie połączenie, że można spokojnie pozwiedzać miasto. Tym razem miasto jest nie byle jakie… Zapraszam do obejrzenia Abu Dhabi. W roli głównej meczet szejka Zayeda.

2025.10 Moldova

October in Moldova is traditionally the time of the Wine Harvest, celebrated with a bang in Chișinău (as well as the Apple Festival in Soroca, the date of which was repeatedly postponed until my initial strong interest evaporated), and this year, it was also election season.

The pro-European side won—much to the despair of the residents of two autonomous regions: Gagauzia and Transnistria. These are peculiar cultural enclaves that serve as reminders of the Soviet (and Russian) Empire’s influence, which resettled nations en masse and planted a specific mentality that, to this day, makes people look East with more longing than West.

Of these two regions, Gagauzia is in some ways more “exotic” due to the Turkic origins of its inhabitants and the Turkic language they speak (though Russian is also popular here, while Moldovan is held in what you might call “deep disregard”), but it is Transnistria, full of Russians and practically excluded from Moldovan jurisdiction, that is the “iconic” open-air museum of Sovietism, where life moves in a slightly different dimension. Everything is organized in its own way, but in an alternative, “neo-USSR” style. There is no connection to the international banking system, public transport is messy, and the aesthetic is clunky—tableaux of modern-day working class heroes, statues of Great Russians, and nightmarish children’s parks…

You can still find a few Polish villages here, and even a Polish cemetery in the town of Raşcov (Raszków), reminding us of the complicated history of both Moldova and the Poland.

Leaving the separatist region behind, Soroca is also worth a visit—there’s a charming market, a fat little fortress, and “Gypsy Hill” with its unparalleled architectural frenzy (heaps of money were drowned building palaces after returning from working abroad; now these structures are often falling into ruin since the foreign eldorado ended).

I recommend visiting Old Orhei with its charming little restaurants (opening their cellars wide, filled with jars of delicious pickles), and especially the nearby caves and the monastery carved into the rock. A very pleasant trek through what is a local scale natural wonder in the form of a cliff surrounded by a river.

And that’s the end of the attractions for this trip… There wasn’t enough time to visit many other towns and villages, monasteries and wineries that the country is known for (apparently some French grape varieties brought here took a real liking to the local climate).

Conclusion? Moldova is a country that may not provide extreme thrills, but it allows for a journey through time (ah, those stays in Socialist-Realist apartments!); it is pleasant, calm, and friendly. It’s just that its placement on the map is so unfortunate…

//

Październik to w Mołdawii tradycyjnie czas Winobrania, hucznie obchodzonego w Kiszyniowie (a także Festiwalu Jabłka w Sorocy, którego data wciąż była przekładana, aż do wyparowania początkowo silnego zainteresowania u niżej podpisanego), a w tym roku również i czas wyborów parlamentarnych. Wybiła w nich opcja proeuropejska, ku rozpaczy mieszkańców dwóch autonomicznych regionów: Gagauzji i Naddniestrza. To szczególne enklawy kulturowe, przypominające o sile wpływów rosyjskiego (i radzieckiego) imperium w tych stronach, przesiedlającego na potęgę różne nacje na krańcach swoich włości i zaszczepiającego w głowach mentalność, która do dziś każe im spoglądać z większą tęsknotą na Wschód niż na Zachód.

Spośród tych dwóch regionów Gagauzja stanowi przypadek poniekąd bardziej egzotyczny ze względu na turkickie pochodzenie jej mieszkańców i język, którym się posługują (choć rosyjski jest tu również popularny, mołdawski zaś ma się tu raczej w tzw. głębokim poważaniu). To jednak Naddniestrze, pełne Rosjan i praktycznie wyłączone z mołdawskiej jurysdykcji, jest tym „ikonicznym” skansenem sowieckości, w którym życie toczy się w nieco innym wymiarze. Wszystko jest tu na swój sposób poukładane, ale w taki „alternatywny”, neo-związkowy sposób. Brak tu połączenia z międzynarodowym systemem bankowym, transport publiczny bywa nieogarnięty, a estetyka jest pokraczna – tableaux ze współczesnymi tytanami pracy, pomniki Wielkich Rosjan, dziecięce parki-koszmarki…

I jest tu jeszcze parę polskich wiosek, a nawet polski cmentarz w miejscowości Raşcov (Raszków), przypominający o skomplikowanej historii zarówno Mołdawii, jak i Rzeczypospolitej.

Zostawiając za sobą separatystyczny region, warto też odwiedzić Sorocę – jest tu i urokliwy targ, i sympatyczna twierdza. Jest też Cygańskie Wzgórze z niedoścignionym rozpasaniem architektonicznym (pałace tworzone w amoku po powrocie z saksów, obecnie często popadające w ruinę odkąd zagraniczne eldorado się skończyło).

Zalecam odwiedzić Stary Orhei z jego urokliwymi restauracyjkami (otwierającymi na oścież swoje piwniczki wypełnione słojami z przepysznymi kiszonkami), a przede wszystkim pobliskie jaskinie i monastyr wykuty w skale. Bardzo przyjemny trekking po czymś na kształt lokalnego cudu natury w postaci skarpy okolonej rzeką.

Wnioski końcowe? Mołdawia to kraj, który może i nie zapewnia ekstremalnych wrażeń, ale za to zabiera w podróż w czasie (ach, te noclegi w socrealistycznych mieszkaniach!); jest tam przyjemnie, spokojnie i przyjaźnie. Tylko to niefortunne umiejscowienie na mapie…

2025.06 The Balkans


A journey largely reminiscent of previous ones rather than a voyage of discovery (I’ve talked about the Balkans before HERE and HERE), so I won’t write too much about it, offering plenty of photos instead.

Suffice it to say, the Balkan spirit hasn’t died in the meantime and the region still charms with its flair, easy hitchhiking (sometimes including the driver handing the hitchhiker money!), beautiful views, warm seawater, and a refreshing little glass of potent liquor offered by newly met locals… The photos in this gallery capture some of the old places (but in a new, sunnier light and with previously unnoticed details), but also new ones, like the historic town of Gjirokastër in Albania, a bear sanctuary in Kosovo, or beachy Durrës and its surroundings…

//

Podróż w znacznym stopniu odświeżająca, a mniej odkrywcza (o Bałkanach opowiadałem już wcześniej TUTAJ i TUTAJ), zatem nie będę się tutaj zanadto rozpisywał, proponując w zamian parę zdjęć.

Dość powiedzieć, że bałkański duch w międzyczasie nie zginął i region wciąż czaruje swą fantazją, łatwym autostopem (z wręczaniem autostopowiczowi pieniędzy włącznie), pięknymi widokami, cieplutką morską wodą i odświeżającą szklaneczką czegoś mocniejszego, oferowaną przez nowo poznanych lokalsów…

Na całkiem świeżych zdjęciach będzie trochę miejsc starych (za to w nowej, bardziej słonecznej odsłonie i z uprzednio niedostrzeżonymi detalami), ale i nowych, jak choćby zabytkowe miasteczko Gjirokastra w Albanii, kosowskie schronisko dla niedźwiedzi czy plażowe Durrës i jego okolice.

2022-2025 Nepal

I will try to recap multiple sojourns in Nepal in one swoop—sharing a ton of photos (and a couple of videos) that document everything from festivals (both Hindu and Buddhist) and the local rhythm of daily life, to my work at Magic Marble Foundation Care Center (mostly for dogs) in Kathmandu and a mission to Jajarkot to provide relief to earthquake survivors. I’m also throwing in a trek toward Annapurna, some chilling by Lake Begnas, producing a video for an elephant sanctuary (Stand Up 4 Elephants), and a visit to Chitwan National Park…

A massive thank you to Magic Marble Foundation —the organization without which my discovery of Nepal would never have happened, at least not in such a beautiful and meaningful way.

//

Temat kilkukrotnych pobytów w Nepalu pozwolę sobie załatwić zbiorczo – wrzucając sporo zdjęć (i parę materiałów video), które dokumentują i święta (zarówno hinduskie, jak i buddyjskie), i lokalną codzienność, i pracę w ośrodku opieki nad zwierzętami (głównie psiakami) w Katmandu, i podróż do Jajarkot z pomocą dla poszkodowanych w trzęsieniu ziemi. Do tego dorzucam przebieżkę pod Annapurnę, chillowanie przy jeziorze Begnas, realizację filmiku dla schroniska dla słoni (Stand Up 4 Elephants) i wizytę w Parku Narodowym Chitwan…

Wielkie dzięki dla Magic Marble Foundation Magic Marble Foundation – organizacji, bez której odkrywanie Nepalu nigdy nie doszłoby do skutku, a na pewno nie w tak pięknej i wartościowej formie.

Festivals & celebrations:

Kathmandu:

Jajarkot:

Lumbini – birthplace of Buddha:

Mountains:

Begnas:

Chitwan (incl. elephants)

20025.02 Bangladesh

Following the flow of the sacred River, I leave India and say hello to Bangladesh. Here is where Ganga changes her name to Padma. At the Benapole crossing (the only land crossing available to foreign tourists), I see surprise in the eyes of the border guards, but I also sense a great deal of sympathy for my weird looking self; even a slight attempt at a currency exchange scam while paying for the visa felt somehow endearingly cute.

Throughout Bangladesh, an exotic-looking tourist involuntarily generates a powerful magnetic field, attracting stares, smiles, and literal wreaths of onlookers unaccustomed to seeing foreigners—especially in places people usually just drive through without stopping for a moment… Sometimes I feel like the whole country is one big bypass place… Which is so unfair, because while Bangladesh might not blow you away with a huge number of monuments, it more than makes up for it with the warmth of its people and their intense hospitality. At its mildest, this means endless tea invitations; at its most extreme, it means your host programs your entire day so you see exactly what they deem necessary and right. Then there is the picturesque “riveriness” (hundreds of rivers crisscrossing the country, depending on the source from 300 to even 900). And the river is indeed the leitmotif of my journey this time.

(I’ll take this opportunity to mention the book I published about the mighty Ganga/Padma – more info in the Ganga/Padma tab at the top of the page).

//

Podążając za biegiem świętej Rzeki, opuszczam Indie i witam się z Bangladeszem (zaś Ganga/Ganges zmienia nazwę na Padma) . Na przejściu w Benapole (jedynym lądowym przejściu dostępnym dla zagranicznych turystów) u pograniczników wyczuwam zaskoczenie, ale i dużą dozę sympatii dla mojej osoby. Nawet próba lekkiego przekrętu przy wymianie waluty podczas opłacania wizy wypada pociesznie i milusio.

W całym Bangladeszu egzotycznie wyglądający turysta mimowolnie wytwarza silne pole magnetyczne, przyciągające spojrzenia, uśmiechy i całe wianuszki gapiów nieprzyzwyczajonych do widoku obcych – zwłaszcza w miejscach, przez które zazwyczaj się przejeżdża, nie przystając ani na chwilę… Czasami mam wrażenie, że cały kraj jest jedną wielką omijalnią. Zupełnie niesłusznie, bo Bangladesz, choć nie powala wielością zabytków, nadrabia to serdecznością ludzi i ich bardzo intensywną gościnnością (której najłagodniejszym przejawem są liczne zaproszenia na herbatę; w innych przypadkach oznacza ona zaprogramowanie gościowi całego dnia tak, by zobaczył to, co gospodarz uzna za konieczne i słuszne). Warto wspomnieć też o malowniczej „rzeczności” – kraj przecina, zależnie od źródła, od 300 do nawet 900 rzek, a rzeka to wszak motyw przewodni mojej podróży.

(W tym miejscu pozwolę sobie wspomnieć o wydanej przeze mnie książce, traktującej o świętej Rzece Gandze/Padmie. Więcej informacji na jej temat znajdziecie w zakładce Ganga/Padma u góry strony.)

Jessore:

Kushtia & Ruppur:

Dalautdia:

Dhaka:

Near Bengal Bay – Nalian, Haringhata, Badurtala, Patharghata, Kuakata:

Barisal:

Chittagong:

Cox’s Bazaar, one of the longest beaches in the world:

In between, on the boats:

2024/2025 India

Many years after a definitely-too-hasty trip through India [LINK], the opportunity finally arose to fulfill a promise I made to myself: to return to one of the most fascinating, colorful, and mind-bending places on the globe—this time with the luxury of having more time.

Every traveler here is faced with an overwhelming choice of places, cultures, people, and attractions… How do you let India pull you in? Do you throw yourself into the whirlwind of “postcard” sights, historical landmarks, and cult classics? Do you choose the spiritual path and dissolve into sacred sites, yoga courses, and Vipassana retreats? Or would you rather admire nature? Splash in the ocean? Squeeze into overcrowded, almost-always-delayed trains? Or perhaps get offended by the chaos and the eye-stinging poverty?

This time, alongside a few reruns and new “check-offs” of historical and cultural sites, I decided to let myself be guided by the Ganga (“Ganga” is the correct, non-anglicized name for the river most sacred to Hindus) and trust in the kindness of the locals… Because beneath a slightly unpleasant, very thin layer of pushy tuk-tuk drivers, scammers, and hustlers of all stripes, beats a wonderful heart of hospitality and openness toward the traveler from afar.

P.S. The timing of this trip was perfect: I found myself in the middle of the biggest religious gathering in history: the Maha Kumbh Mela!

Allow me a little self-promotion here: from the photographs and texts created during my journey along the River (from the Himalayas to the Bay of Bengal in Bangladesh), a book was born, which I warmly encourage you to buy. You can find more details in the Ganga/Padma tab at the top of the page. End of the ad, I invite you to view the photos in the gallery below:

//

Po wielu latach od zdecydowanie zbyt pospiesznej podróży po Indiach [LINK], w końcu nadarzyła się okazja, by zrealizować złożoną samemu sobie obietnicę i wrócić do jednego z najbardziej fascynujących, kolorowych i zadziwiających miejsc na globie – tym razem z większą swobodą czasową.

Każdy przybysz zostaje tu postawiony przed trudnym wyborem wobec natłoku miejsc, kultur, ludzi i atrakcji… W jaki sposób pozwolić Indiom się wciągnąć? Czy rzucić się w wir zwiedzania miejsc „pocztówkowych”, historycznych, kultowych? Czy wybrać ścieżkę duchową i rozpłynąć się w świętych miejscach, na kursach jogi czy vipassanach? Podziwiać naturę? Pluskać się w oceanie? Potłoczyć się w przepełnionych, niemal zawsze opóźnionych pociągach? A może poobrażać się na chaos i kłującą w oczy biedę?

Tym razem, oprócz kilku powtórek i nowych „odhaczeń” zabytkowych i kulturalnych, postanowiłem dać się prowadzić Gandze („Ganga” to poprawna, niezangielszczona nazwa najświętszej dla wyznawców hinduizmu rzeki) i zaufać życzliwości miejscowych… Bo pod mało przyjemną, bardzo cienką warstwą nachalnych kierowców tuk-tuków, oszustów i naciągaczy wszelkiej maści, bije wspaniałe źródło gościnności i otwartości na przybysza z daleka.

P.S. Wypada też wspomnieć o idealnym momencie do odbycia tej podróży: otóż udało mi się wpaść w sam środek Maha Kumbh Mela, największego zgromadzenia religijnego w historii świata!

Mała autoreklama: z materiałów fotograficznych i tekstów stworzonych podczas podróży wzdłuż Rzeki (od Himalajów po Zatokę Bengalską w Bangladeszu) powstała książka, do której kupna serdecznie zachęcam. Więcej szczegółów znajdziecie w zakładce Ganga/Padma u góry strony. Koniec reklamy, zapraszam do oglądania zdjęć w galerii poniżej:

https://youtu.be/rVWAzNczKnI

Trains, the best way to travel India:

A quick handshake with New Delhi:

Amritsar:

Wagas, India/Pakistan border:

Agra:

Jaipur:

Pushkar:

Jodphur:

Ahmedabad:

Nasik + nearby landscapes:

Mumbai:

Aurangabad – the city of mini-Taj Mahal and temples carved in rock

Bhopal:

Khajuraho:

Patna:

Darjeeling + Gangtok

Bhubaneshwar + Konark:

Chennai:

Annanagar, home of Meenakshmi Temple:

Alappuzha:

Valparai, a town taken over by lion tailed macaque (very rare species!)

Goa:

Along the Ganga (Ganges):

2024.12 Tbilisi


A short layover visit. Part return to the old memories [LINK], part additional urban wandering, but mostly the specific political situation and daily protests in front of the parliament building against a systemic pivot toward Russia (how ironic, especially from the perspective of my previous visit to Georgia, shortly after the Russian invasion and annexation of two regions).

//
Krótka wizyta przesiadkowa. Trochę powrót na „stare śmiecie”[LINK], trochę dodatkowego miejskiego włóczęgostwa, a przede wszystkim specyficzna sytuacja polityczna i codzienne protesty przed budynkiem parlamentu przeciw ustrojowemu zwrotowi ku Rosji (cóż za ironia losu, zwłaszcza z perspektywy mojej poprzedniej wizyty w Gruzji, świeżo po rosyjskiej inwazji i aneksji dwóch regionów).