2025.11 Thailand

Good old Thailand, welcoming us with a warm and sunny December, eternally friendly and smiling… However, with each visit (you can find previous posts about Thailand HERE, HERE and HERE), it feels a bit more calculating and commercialized than the last. Fortunately, remnants of that selfless kindness can still be found on the island of Koh Chang, which we reached after a short stay in Phuket and Bangkok (finally checking off the floating markets—you can get to them on a free “hop on-hop off” style bus).

And the stay on Koh Chang is all about vacations with dogs cared for by the Happy Dogs Koh Chang organization, led by the tireless Martina, supported by regular and occasional helpers. And when off work: exploring the island by scooter, lounging on beaches (the further from the tourist epicenter of White Sand Beach – Klong Prao, the better), having delicious cheap meals in small eateries, and spotting hornbills (basically Asian toucans, but even more wacky in terms of beak design). It’s also about avoiding police patrols looking for “farangs” to squeeze for a bribe. Sadly, it is also home to the regrettable “elephant tourism” (these animals never historically lived on the island; they were brought here recently by local businessmen)—bathing the shackled gentle giants, selfie sessions, and even riding on their backs, all for the amusement of supposedly civilized tourists from the so called West. So shameful!

//

Kochana Tajlandia, witająca ciepłym i słonecznym grudniem, wiecznie przyjazna i uśmiechnięta… Jednak z każdą kolejną wizytą (relacje z poprzednich wizyt w Tajlandii znajdziecie TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) trochę bardziej wyrachowana i skomercjalizowana niż poprzednio. Całe szczęście resztki tej bezinteresownej życzliwości można znaleźć na wysepce Koh Chang, na którą docieramy po krótkim pobycie w Phuket i Bangkoku (gdzie nareszcie zaliczyliśmy floating markets, czyli pływające targowiska – można się do nich dostać darmowym autobusem typu hop on-hop off).

A na Koh Chang – wakacje z psiakami zaopiekowanymi przez organizację Happy Dogs Koh Chang, której szefuje niestrudzona Martina, wspierana przez mniej lub bardziej regularnych pomocników. W wolnych chwilach: objeżdżanie wyspy skuterem, przewalanie się po plażach (im bardziej oddalonych od epicentrum turystyki, czyli odcinka White Sand Beach – Klong Prao, tym lepiej), pyszne i tanie obiadki w małych knajpkach, a także wypatrywanie dzioborożców (azjatyckie odpowiedniki tukanów, tylko jeszcze bardziej „odjechane” pod względem budowy dzioba). To także unikanie patroli policji zaczajającej się na „białasów” i oczekującej łapówki. Niestety, to również pożałowania godna turystyka słoniowa (zwierzęta historycznie nigdy nie zamieszkiwały tej wyspy – sprowadzono je tu niedawno): kąpanie zakutych w łańcuchy kolosów, sesje selfie, a nawet jazda na ich grzbietach – a to wszystko ku uciesze niby cywilizowanych turystów z tzw. Zachodu. Wstyd!

Phuket:

Bangkok:

Ayutthaya:

Koh Chang:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *