20025.02 Bangladesh

Following the flow of the sacred River, I leave India and say hello to Bangladesh. Here is where Ganga changes her name to Padma. At the Benapole crossing (the only land crossing available to foreign tourists), I see surprise in the eyes of the border guards, but I also sense a great deal of sympathy for my weird looking self; even a slight attempt at a currency exchange scam while paying for the visa felt somehow endearingly cute.

Throughout Bangladesh, an exotic-looking tourist involuntarily generates a powerful magnetic field, attracting stares, smiles, and literal wreaths of onlookers unaccustomed to seeing foreigners—especially in places people usually just drive through without stopping for a moment… Sometimes I feel like the whole country is one big bypass place… Which is so unfair, because while Bangladesh might not blow you away with a huge number of monuments, it more than makes up for it with the warmth of its people and their intense hospitality. At its mildest, this means endless tea invitations; at its most extreme, it means your host programs your entire day so you see exactly what they deem necessary and right. Then there is the picturesque “riveriness” (hundreds of rivers crisscrossing the country, depending on the source from 300 to even 900). And the river is indeed the leitmotif of my journey this time.

(I’ll take this opportunity to mention the book I published about the mighty Ganga/Padma – more info in the Ganga/Padma tab at the top of the page).

//

Podążając za biegiem świętej Rzeki, opuszczam Indie i witam się z Bangladeszem (zaś Ganga/Ganges zmienia nazwę na Padma) . Na przejściu w Benapole (jedynym lądowym przejściu dostępnym dla zagranicznych turystów) u pograniczników wyczuwam zaskoczenie, ale i dużą dozę sympatii dla mojej osoby. Nawet próba lekkiego przekrętu przy wymianie waluty podczas opłacania wizy wypada pociesznie i milusio.

W całym Bangladeszu egzotycznie wyglądający turysta mimowolnie wytwarza silne pole magnetyczne, przyciągające spojrzenia, uśmiechy i całe wianuszki gapiów nieprzyzwyczajonych do widoku obcych – zwłaszcza w miejscach, przez które zazwyczaj się przejeżdża, nie przystając ani na chwilę… Czasami mam wrażenie, że cały kraj jest jedną wielką omijalnią. Zupełnie niesłusznie, bo Bangladesz, choć nie powala wielością zabytków, nadrabia to serdecznością ludzi i ich bardzo intensywną gościnnością (której najłagodniejszym przejawem są liczne zaproszenia na herbatę; w innych przypadkach oznacza ona zaprogramowanie gościowi całego dnia tak, by zobaczył to, co gospodarz uzna za konieczne i słuszne). Warto wspomnieć też o malowniczej „rzeczności” – kraj przecina, zależnie od źródła, od 300 do nawet 900 rzek, a rzeka to wszak motyw przewodni mojej podróży.

(W tym miejscu pozwolę sobie wspomnieć o wydanej przeze mnie książce, traktującej o świętej Rzece Gandze/Padmie. Więcej informacji na jej temat znajdziecie w zakładce Ganga/Padma u góry strony.)

Jessore:

Kushtia & Ruppur:

Dalautdia:

Dhaka:

Near Bengal Bay – Nalian, Haringhata, Badurtala, Patharghata, Kuakata:

Barisal:

Chittagong:

Cox’s Bazaar, one of the longest beaches in the world:

In between, on the boats:

Cambodia, 2020.02-03 part 4 (final): Phnom Penh, Kampot

Way to Phnom Penh // Droga do Phnom Penh

No useless babbling here… What I meet on the way is dust, towns, villages … and lots of friendly people, encouraging me to cycle harder with their smiles. The capital city itself greets me with a big fire, traffic chaos (it seems the city sprang out so fast that there was no time to built traffic lights!) and with my friends from Battambang who host me here, too.

//

Tutaj bez zbędnych opisów… Po drodze – kurz, miasta, miasteczka … i mnóstwo przyjaznych ludzi, uśmiechem zachęcających do wzmożonego wysiłku. A sama stolica wita mnie pożarem, chaosem komunikacyjnym (miasto nagle tak się rozrosło, że nie starczyło czasu na wybudowanie sygnalizacji świetlnej!) i … znajomymi z Battambang, którzy i w Phnom Penh mnie goszczą.

 

Kampot

I tag along a group of artists, who organize workshops for kids living in the province. While shooting a video for them, I visit some nice and quaint places.

//

Na wycieczkę po Kampot i okolicach zabiera mnie grupa artystek, która organizuje warsztaty dla dzieciaków na prowincji. Kręcę dla nich klip dokumentujący całe zdarzenie a przy okazji odwiedzam nowe, sympatyczne miejsce.

Cambodia, 2020.02-03 part 2: Getting to and around Siem Reap

Way to Siem Reap // Droga do Siem Reap

Taking a bus would be the easiest way to go… Or (more expensive and slower) morning tourist boat… But I decided to check whether I could get there by bike. And yes, it is doable but not all the way. At some point, where all roads end I had to negotiate a boat with local fishermen to take me to the next town where I can get back on the road. It cost me 7 USD, though you could probably negotiate it even lower. And then – through the fields and dust I go, back on the main road and to Siem Reap herself.

//

Najłatwiej byłoby się wybrać do Siem Reap autobusem… Albo (droższą i wolniejszą) poranną łodzią turystyczną… Ale ja postanowiłem, czy i jak daleko da się dojechać rowerem. I da się – dosyć daleko. Niemniej jednak w pewnym momencie muszę zagadać z mieszkańcami nadrzecznego miasteczka, w którym wszelkie drogi się urywają i wynająć łódkę do kolejnego miasteczka, z którego można jechać dalej. Koszt: 7 USD, choć prawdopodobnie dałoby się ostrzej negocjować. A potem – jazda przez pola i kłęby kurzu, do drogi głównej i aż do samego Siem Reap.

Siem Reap

is one big tourist attraction, at least that is what it is intened to be according to those who keep erecting ever new Angkor-like hotels, theme parks, pubs… Personally I don’t find anything too charming in this city, though obviously I visit a couple of temples… And I also visit the nearby floating village – Chong Khneas (passing by picturesque but so terribly poor riverside villages built on stilts). I strongly encourage you not to pay the monopolist who organizes boat tours to Chong Khneas – not only did they mess up the whole river bank to build a huge pier but they are also trying – using their security staff – to impose a ban on individual land travel in the direction of floating village, which is super-irritating, especially that the town you pass on the way is a beautiful one. After looooong negotiations, after the arrival of police(!) I finally get granted the rght to pass. Down with all monopolists!;)

//

to jedna wielka atrakcja turystyczna, przynajmniej w założeniu tych, którzy wznoszą kolejne angkoropodobne hotele, parki rozrywki, puby… Ja w samym mieście nie znajduję nic wzruszającego, choć oczywiście parę świątynek zaliczam… A potem wybieram się do pływającej wioski Chong Khneas (mijając malownicze ale też przebiedne nadrzeczne wioski osadzone na palach). Gorąco zachęcam do tego, żeby nie dawać zarobić monopoliście, który organizuje łodzie do Chong Khneas – nie dość, że rozwalił całe nabrzeże, żeby zbudować olbrzymią przystań, to próbuje – za pomocą ochroniarzy – zabronić indywidualnego przejazdu w kierunku pływającej wioski, co jest dla mnie mocno irytujące, zwłaszcza, że wioseczka, którą się przejeżdża po drodze, jest bardzo malownicza. Po dłuuuuugich negocjacjach, przyjeździe policji(!) udaje mi się wymóc prawo przejazdu. Na pohybel monopolistom!;)