2026.02 Vietnam

At the border with Cambodia, a grumpy Vietnamese official furiously slams a stamp into my passport and tosses it—half at my face, half into my hands (bless him for being fast and hassle-free though). A few steps later, it gets much friendlier—the lady managing the border toilets exchanges dollars for dongs at a fair rate and tries to organize a bus for me (prices were too high for my taste, so I decided to go on a scouting walk and a few hundred meters away I found a small company offering minibuses at a lower price and surprisingly high standard—ultra-comfy seats, working WiFi!).

In Ho Chi Minh City (aka Saigon), the cheapest accommodation can be found in a rather sketchy district; I try to find a place that looks as little like a brothel as possible and end up in the home of an elderly lady with a wide smile, open to a bit of price negotiation (though not open to cleaning the room; a bit scary to turn on the lights). The next day: sorting out a withdrawal from an ATM (in Vietnam, there is practically no possibility of paying for purchases with a foreign card), a visit to Decathlon, and visiting tourist attractions, which this dynamically developing city has in abundance (my favorite place is the Ho Chi Minh City Museum, which tries to attract with mediocre display cases and authentic tanks and planes, but its greatest value is the swarms of young couples and local influencers having photo sessions in the historic interiors).

On the route from south to north, you can’t skip Hoi An—a very UNESCO-fied and touristy town, but not without charm, especially in the early morning hours when the garish shop displays don’t yet disturb the harmony of the yellow architecture. I arrive here before the Vietnamese New Year, so local street parties are slowly starting to pick up, and it’s worth stopping and getting pulled into the festivities. Sustained by local beer, I take on the karaoke challenge—together with the hosts, we sing soulful Vietnamese songs. I then invite the locals to sing a Polish classic: “Baranek” by Kult, which effectively results in the official closure of the singing party.

The next stop, which I reach by a surprisingly comfortable train (public transport in Vietnam is suspiciously high quality), is beachy Da Nang with its photogenic Dragon Bridge. Right next to the city sits the picturesque Son Tra Peninsula, with a beautiful temple complex and a natural wonder in the form of an endangered monkey species: the stunning Red-shanked Douc (which you can observe by booking an absurdly expensive tour or just by asking around and looking carefully in the designated spot; I’ll happily provide free info on the exact location to those truly interested). In Da Nang, I also happen upon a dress rehearsal for New Year performances by high school music and dance groups. Lots of complicated choreography ending with someone being tossed into the air, while the solemn music gives the heart no choice but to burn with hot love for the socialist homeland.

Slightly further north is the city of Huế , famous for its walled Imperial City, with impressive palace-temple buildings and imposing gates. In addition, scattered around Hue are many tombs of Vietnamese rulers and other nobles—my favorite is definitely the Khai Dinh tomb complex, with an over-the-top ceramic hall where the emperor’s remains lie.

Continuing north, I reach Cat Ba Island (stopping by the quite pleasant Haiphong on the way), which is a kind of extension of Ha Long Bay, offering the same breathtaking views of fantastically formed rocks sticking out of the noble blue sea, but at a lower price and with fewer crowds.

The next stop is Tam Dao, specifically the local bear rescue center (Vietnam Bear Rescue Center), where I have the pleasure of creating video material for Animals Asia, the organization behind this project. A beautiful idea and effective implementation, thanks to which these wonderful animals were rescued from so-called “bile farms.” If anyone doesn’t know what that’s about, I’ll explain briefly: bear bile in traditional Asian medicine, especially Chinese, is a highly valued remedy obtained by forcing a tube into the gallbladder of a defenseless animal locked in a cage, followed by years of painful extraction. The Chinese also believe in the magical-medical power of a bear’s paw, so these types of mutilations are not uncommon either. Thanks to the organization’s involvement, after many years of torture, this practice was ended and the bears were placed in a beautiful location where they can live out the rest of their lives comfortably and stress-free.

Time for the grand finale: Hanoi, the capital. I proceed to sightseeing for a couple of days. I skip the long-queued Ho Chi Minh Mausoleum, where you aren’t allowed to take even half a photo. Instead, I walk the center far and wide and catch the Vietnamese New Year (this time it falls on February 17). Thus, I end the journey through Vietnam with a bang, to the accompaniment of fireworks.

//

Na granicy z Kambodżą naburmuszony wietnamski mundurowy wściekle wbija pieczątkę i rzuca paszport – trochę w twarz, a trochę do rąk własnych (chwała mu za to, że szybko i bezproblemowo). Parę kroków dalej robi się zdecydowanie bardziej przyjaźnie – pani zawiadująca przygraniczną toaletą wymienia dolary na dongi po uczciwym kursie i próbuje zorganizować mi transport autobusem (za wysokie ceny jak na mój gust, postanawiam urządzić sobie spacer-zwiad i paręset metrów dalej znajduję firemkę oferującą minibusy w niższej cenie, w zaskakująco wysokim standardzie – arcywygodne fotele, działające WiFi!).

W Ho Chi Minh City (dawniej Sajgon) najtańsze noclegi można znaleźć w dość szemranej dzielnicy. Trafiam do domu starszej pani z szerokim uśmiechem, skłonnej do lekkiej negocjacji ceny (za to nieskłonnej do sprzątania pokoju – trochę strach włączać światło). Nazajutrz: ogarnięcie wypłaty z bankomatu (w Wietnamie praktycznie nie ma możliwości płacenia za zakupy zagraniczną kartą), wizyta w Decathlonie i zwiedzanie atrakcji turystycznych. Moje ulubione miejsce to Ho Chi Minh City Museum, które stara się przyciągać średnio interesującymi gablotami oraz autentycznymi czołgami i samolotami, ale jego największą wartością są tabuny młodych par i influencerów urządzających sobie sesje fotograficzne w zabytkowych wnętrzach.

Na trasie z południa na północ nie wypada pominąć Hoi An – bardzo „unescowej” i turystycznej miejscowości, niepozbawionej jednak uroku, zwłaszcza w godzinach porannych, gdy pstrokate wystawy sklepików nie zaburzają jeszcze harmonii żółtej architektury. Trafiam tu przed wietnamskim Nowym Rokiem, więc powoli zaczynają się rozkręcać lokalne imprezki uliczne. Posilony miejscowym piwem zabieram się za karaoke – wspólnie z gospodarzami śpiewamy rzewne pieśni, prawdopodobnie o miłości do ojczyzny i o miłości w ogóle. W ramach rewanżu zapraszam lokalsów do odśpiewania „Baranka” Kultu, co skutkuje oficjalnym zakończeniem wokalnej części imprezy.

Następny przystanek to plażowe Da Nang z fotogenicznym mostem w kształcie smoka. Tuż obok usadowiony jest malowniczy półwysep Son Tra z pięknym kompleksem świątynnym oraz cudem natury: przepięknym dukiem wspaniałym (gatunek małpy). Można go poobserwować, bukując drogą wycieczkę lub po prostu rozglądając się uważnie w wyznaczonym miejscu (chętnie udzielę informacji o lokalizacji). W Da Nang wpadam też przypadkiem na próbę generalną występów noworocznych licealnych zespołów muzyczno tanecznych. Dużo skomplikowanych układów, na których koniec koniec ktoś musi kogoś wyrzucić w górę, a podniosła muzyka nie daje sercu wyboru i każe mu zapłonąć gorącą miłością do socjalistycznej ojczyzny.

Nieco dalej na północ znajduje się miasto Hue, słynące z otoczonego murami Cesarskiego Miasta, z nie byle jakimi budynkami pałacowo-świątynnymi i imponującymi bramami. Oprócz tego, wokół Hue rozrzuconych jest sporo grobowców wietnamskich władców i innych możnych – moim faworytem jest kompleks grobowcowy Khai Dinh z kompletnie odjechaną, wyłożoną ceramiką salą, w której spoczywają szczątki cesarza.

Kontynuując marsz na północ, docieram na wyspę Cat Ba, stanowiącą swego rodzaju przedłużenie Zatoki Ha Long (po drodze zahaczając o całkiem sympatyczne miasto Haiphong). Cat Ba oferuje tak samo zapierające dech w piersiach widoki, za to za niższą cenę i przy mniejszym obłożeniu.

Kolejny przystanek to Tam Dao, a dokładnie ośrodek rehabilitacji niedźwiedzi (Vietnam Bear Rescue Center), gdzie mam przyjemność stworzyć materiał video na potrzeby Animals Asia, organizacji odpowiedzialnej za powstanie tego niezwykłego miejsca. Te wspaniałe zwierzęta zostały uratowane z tzw. farm żółciowych. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to spieszę z wyjaśnieniem: żółć niedźwiedzia w tradycyjnej azjatyckiej medycynie, zwłaszcza chińskiej, to wysoko ceniony specyfik, uzyskiwany poprzez wtłoczenie rury do woreczka żółciowego zamkniętego w klatce, bezbronnego zwierzęcia i wieloletnia, bolesna ekstrakcja. Chińczycy wierzą też w magiczno-medyczną moc łapy niedźwiedziej, zatem i tego typu okaleczenia nie są rzadkością. Dzięki zaangażowaniu organizacji udało się zakończyć ten proceder i umieścić niedźwiedzie w przepięknym miejscu, w którym mogą wygodnie i bezstresowo przeżyć resztę życia.

To już prawie koniec, czas zatem na wisienkę na wietnamskim torcie: Hanoi, czyli stolicę. Rozpoczynam kilkudniowe zwiedzańsko. Odpuszczam sobie okolejkowane mauzoleum Ho Chi Minha, w którym nie wolno wykonać nawet pół zdjęcia. Obchodzę za to centrum wzdłuż i wszerz oraz zaliczam wietnamskiego Sylwestra (tym razem wypada 17 lutego). Podróż po Wietnamie kończę zatem z przytupem, w akompaniamencie fajerwerków.

Ho Chi Minh City (Saigon):

Hoi An:

Da Nang:

Huế:

Haiphong:

Cat Ba:

Bears of Vietnam Bear Rescue Center in Tam Dao:

Hanoi:

2026.01 Cambodia


It feels good to return to places you know and people you like (you can read about my previous visit to Cambodia HERE). It was wonderful to see the Cambodian artist Mao again (and attend the official opening of her gallery, complete with a traditional blessing by monks) and her friendly women’s art collective; it was also great to revisit spots from years ago and find new details (we managed, for example, to track down a family of gibbons in Angkor Park), and to tick off a few new cities and places (riverside Kampong Chhnang, friendly Pursat, beachy Kep with its surprising rock formations and caves, as well as Sihanoukville—a shockingly failed project of a casino-city managed by the Chinese, and finally Krong Bavet, also overgrown with casinos and entire blocks of Chinese factories and housing estates).

//


Czasem dobrze jest wrócić do miejsc, które się już zna (poprzednia relacja z Kambodży TUTAJ) i do ludzi, których się lubi. Wspaniale było ponownie spotkać się z kambodżańską artystką Mao (i uczestniczyć w oficjalnym otwarciu jej galerii, połączonym z tradycyjnym poświęceniem miejsca przez mnichów) oraz zaprzyjaźnionym żeńskim kolektywem artystycznym. Fajnie było również ponownie zrobić rundkę po znanych mi już miejscach i odnaleźć w nich wcześniej niedostrzeżone szczegóły (udało się np. wyśledzić rodzinę gibonów w parku Angkor), a także zaliczyć kilka nowych miast (nadrzeczny Kampong Chhnang, sympatyczny Pursat, wczasowy Kep z pobliskimi zaskakującymi formacjami skalnymi oraz Sihanoukville – wstrząsająco nieudany projekt miasta-kasyna zarządzanego przez Chińczyków i wreszcie Krong Bavet, również zachwaszczony kasynami, a także całymi kwartałami chińskich fabryk i osiedli).

Phnom Penh:

Sihanoukville:

Kep:

Kampong Chhnang:

Pursat:

Battambang:

Angkor Wat (Siem Reap):

2025.11 Thailand

Good old Thailand, welcoming us with a warm and sunny December, eternally friendly and smiling… However, with each visit (you can find previous posts about Thailand HERE, HERE and HERE), it feels a bit more calculating and commercialized than the last. Fortunately, remnants of that selfless kindness can still be found on the island of Koh Chang, which we reached after a short stay in Phuket and Bangkok (finally checking off the floating markets—you can get to them on a free “hop on-hop off” style bus).

And the stay on Koh Chang is all about vacations with dogs cared for by the Happy Dogs Koh Chang organization, led by the tireless Martina, supported by regular and occasional helpers. And when off work: exploring the island by scooter, lounging on beaches (the further from the tourist epicenter of White Sand Beach – Klong Prao, the better), having delicious cheap meals in small eateries, and spotting hornbills (basically Asian toucans, but even more wacky in terms of beak design). It’s also about avoiding police patrols looking for “farangs” to squeeze for a bribe. Sadly, it is also home to the regrettable “elephant tourism” (these animals never historically lived on the island; they were brought here recently by local businessmen)—bathing the shackled gentle giants, selfie sessions, and even riding on their backs, all for the amusement of supposedly civilized tourists from the so called West. So shameful!

//

Kochana Tajlandia, witająca ciepłym i słonecznym grudniem, wiecznie przyjazna i uśmiechnięta… Jednak z każdą kolejną wizytą (relacje z poprzednich wizyt w Tajlandii znajdziecie TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ) trochę bardziej wyrachowana i skomercjalizowana niż poprzednio. Całe szczęście resztki tej bezinteresownej życzliwości można znaleźć na wysepce Koh Chang, na którą docieramy po krótkim pobycie w Phuket i Bangkoku (gdzie nareszcie zaliczyliśmy floating markets, czyli pływające targowiska – można się do nich dostać darmowym autobusem typu hop on-hop off).

A na Koh Chang – wakacje z psiakami zaopiekowanymi przez organizację Happy Dogs Koh Chang, której szefuje niestrudzona Martina, wspierana przez mniej lub bardziej regularnych pomocników. W wolnych chwilach: objeżdżanie wyspy skuterem, przewalanie się po plażach (im bardziej oddalonych od epicentrum turystyki, czyli odcinka White Sand Beach – Klong Prao, tym lepiej), pyszne i tanie obiadki w małych knajpkach, a także wypatrywanie dzioborożców (azjatyckie odpowiedniki tukanów, tylko jeszcze bardziej „odjechane” pod względem budowy dzioba). To także unikanie patroli policji zaczajającej się na „białasów” i oczekującej łapówki. Niestety, to również pożałowania godna turystyka słoniowa (zwierzęta historycznie nigdy nie zamieszkiwały tej wyspy – sprowadzono je tu niedawno): kąpanie zakutych w łańcuchy kolosów, sesje selfie, a nawet jazda na ich grzbietach – a to wszystko ku uciesze niby cywilizowanych turystów z tzw. Zachodu. Wstyd!

Phuket:

Bangkok:

Ayutthaya:

Koh Chang:

2022-2025 Nepal

I will try to recap multiple sojourns in Nepal in one swoop—sharing a ton of photos (and a couple of videos) that document everything from festivals (both Hindu and Buddhist) and the local rhythm of daily life, to my work at Magic Marble Foundation Care Center (mostly for dogs) in Kathmandu and a mission to Jajarkot to provide relief to earthquake survivors. I’m also throwing in a trek toward Annapurna, some chilling by Lake Begnas, producing a video for an elephant sanctuary (Stand Up 4 Elephants), and a visit to Chitwan National Park…

A massive thank you to Magic Marble Foundation —the organization without which my discovery of Nepal would never have happened, at least not in such a beautiful and meaningful way.

//

Temat kilkukrotnych pobytów w Nepalu pozwolę sobie załatwić zbiorczo – wrzucając sporo zdjęć (i parę materiałów video), które dokumentują i święta (zarówno hinduskie, jak i buddyjskie), i lokalną codzienność, i pracę w ośrodku opieki nad zwierzętami (głównie psiakami) w Katmandu, i podróż do Jajarkot z pomocą dla poszkodowanych w trzęsieniu ziemi. Do tego dorzucam przebieżkę pod Annapurnę, chillowanie przy jeziorze Begnas, realizację filmiku dla schroniska dla słoni (Stand Up 4 Elephants) i wizytę w Parku Narodowym Chitwan…

Wielkie dzięki dla Magic Marble Foundation Magic Marble Foundation – organizacji, bez której odkrywanie Nepalu nigdy nie doszłoby do skutku, a na pewno nie w tak pięknej i wartościowej formie.

Festivals & celebrations:

Kathmandu:

Jajarkot:

Lumbini – birthplace of Buddha:

Mountains:

Begnas:

Chitwan (incl. elephants)

2024/2025 India

Many years after a definitely-too-hasty trip through India [LINK], the opportunity finally arose to fulfill a promise I made to myself: to return to one of the most fascinating, colorful, and mind-bending places on the globe—this time with the luxury of having more time.

Every traveler here is faced with an overwhelming choice of places, cultures, people, and attractions… How do you let India pull you in? Do you throw yourself into the whirlwind of “postcard” sights, historical landmarks, and cult classics? Do you choose the spiritual path and dissolve into sacred sites, yoga courses, and Vipassana retreats? Or would you rather admire nature? Splash in the ocean? Squeeze into overcrowded, almost-always-delayed trains? Or perhaps get offended by the chaos and the eye-stinging poverty?

This time, alongside a few reruns and new “check-offs” of historical and cultural sites, I decided to let myself be guided by the Ganga (“Ganga” is the correct, non-anglicized name for the river most sacred to Hindus) and trust in the kindness of the locals… Because beneath a slightly unpleasant, very thin layer of pushy tuk-tuk drivers, scammers, and hustlers of all stripes, beats a wonderful heart of hospitality and openness toward the traveler from afar.

P.S. The timing of this trip was perfect: I found myself in the middle of the biggest religious gathering in history: the Maha Kumbh Mela!

Allow me a little self-promotion here: from the photographs and texts created during my journey along the River (from the Himalayas to the Bay of Bengal in Bangladesh), a book was born, which I warmly encourage you to buy. You can find more details in the Ganga/Padma tab at the top of the page. End of the ad, I invite you to view the photos in the gallery below:

//

Po wielu latach od zdecydowanie zbyt pospiesznej podróży po Indiach [LINK], w końcu nadarzyła się okazja, by zrealizować złożoną samemu sobie obietnicę i wrócić do jednego z najbardziej fascynujących, kolorowych i zadziwiających miejsc na globie – tym razem z większą swobodą czasową.

Każdy przybysz zostaje tu postawiony przed trudnym wyborem wobec natłoku miejsc, kultur, ludzi i atrakcji… W jaki sposób pozwolić Indiom się wciągnąć? Czy rzucić się w wir zwiedzania miejsc „pocztówkowych”, historycznych, kultowych? Czy wybrać ścieżkę duchową i rozpłynąć się w świętych miejscach, na kursach jogi czy vipassanach? Podziwiać naturę? Pluskać się w oceanie? Potłoczyć się w przepełnionych, niemal zawsze opóźnionych pociągach? A może poobrażać się na chaos i kłującą w oczy biedę?

Tym razem, oprócz kilku powtórek i nowych „odhaczeń” zabytkowych i kulturalnych, postanowiłem dać się prowadzić Gandze („Ganga” to poprawna, niezangielszczona nazwa najświętszej dla wyznawców hinduizmu rzeki) i zaufać życzliwości miejscowych… Bo pod mało przyjemną, bardzo cienką warstwą nachalnych kierowców tuk-tuków, oszustów i naciągaczy wszelkiej maści, bije wspaniałe źródło gościnności i otwartości na przybysza z daleka.

P.S. Wypada też wspomnieć o idealnym momencie do odbycia tej podróży: otóż udało mi się wpaść w sam środek Maha Kumbh Mela, największego zgromadzenia religijnego w historii świata!

Mała autoreklama: z materiałów fotograficznych i tekstów stworzonych podczas podróży wzdłuż Rzeki (od Himalajów po Zatokę Bengalską w Bangladeszu) powstała książka, do której kupna serdecznie zachęcam. Więcej szczegółów znajdziecie w zakładce Ganga/Padma u góry strony. Koniec reklamy, zapraszam do oglądania zdjęć w galerii poniżej:

https://youtu.be/rVWAzNczKnI

Trains, the best way to travel India:

A quick handshake with New Delhi:

Amritsar:

Wagas, India/Pakistan border:

Agra:

Jaipur:

Pushkar:

Jodphur:

Ahmedabad:

Nasik + nearby landscapes:

Mumbai:

Aurangabad – the city of mini-Taj Mahal and temples carved in rock

Bhopal:

Khajuraho:

Patna:

Darjeeling + Gangtok

Bhubaneshwar + Konark:

Chennai:

Annanagar, home of Meenakshmi Temple:

Alappuzha:

Valparai, a town taken over by lion tailed macaque (very rare species!)

Goa:

Along the Ganga (Ganges):

Cambodia, 2020.02-03 part 4 (final): Phnom Penh, Kampot

Way to Phnom Penh // Droga do Phnom Penh

No useless babbling here… What I meet on the way is dust, towns, villages … and lots of friendly people, encouraging me to cycle harder with their smiles. The capital city itself greets me with a big fire, traffic chaos (it seems the city sprang out so fast that there was no time to built traffic lights!) and with my friends from Battambang who host me here, too.

//

Tutaj bez zbędnych opisów… Po drodze – kurz, miasta, miasteczka … i mnóstwo przyjaznych ludzi, uśmiechem zachęcających do wzmożonego wysiłku. A sama stolica wita mnie pożarem, chaosem komunikacyjnym (miasto nagle tak się rozrosło, że nie starczyło czasu na wybudowanie sygnalizacji świetlnej!) i … znajomymi z Battambang, którzy i w Phnom Penh mnie goszczą.

 

Kampot

I tag along a group of artists, who organize workshops for kids living in the province. While shooting a video for them, I visit some nice and quaint places.

//

Na wycieczkę po Kampot i okolicach zabiera mnie grupa artystek, która organizuje warsztaty dla dzieciaków na prowincji. Kręcę dla nich klip dokumentujący całe zdarzenie a przy okazji odwiedzam nowe, sympatyczne miejsce.

Cambodia, 2020.02-03 part 3: Angkor Wat temple complex

This is the main reason why everyone comes to Siem Reap and to Cambodia in general. The legendary Angkor temple complex… I hope that the photos will reveal at least a fraction of how majestic the temples feel but also how relentless time is and how intrusive the nature… In a way I am also lucky to be here at this particular moment – the crowds are smaller due to coronavirus…

Practical tip: tourist centre where you purchase entrance tickets is way away from any entrance – better think about it, especially if you are planning a one day visit only. Btw, one day is just enough to see all the temples if you are moving around by bicycle.

//

Oto i główny cel, dla którego przyjeżdża się do Siem Reap i w ogóle do Kambodży. Legendarny kompleks świątyń dawnego imperium Angkor… Mam nadzieję, że zdjęcia, choćby w minimalnym stopniu, oddadzą majestatyczność świątyń, ale i nieustępliwość czasu, który je nadkruszył i natury, która się w nie wdarła… Ja mam dodatkowo to szczęście, że tłumy, przetaczające się przez Angkor Thum (lub Thom, jak kto woli, w granicach którego znajduje się słynna świątynia Angkor Wat) są nieco mniejsze – efekt koronawirusa…

Uwaga praktyczna: centrum, w którym nabywa się bilety, znajduje się zupełnie gdzie indziej, niż sam kompleks świątynny – lepiej uwzględnić to przy układaniu planu zwiedzania, zwłaszcza jeśli to plan jednodniowy. Acha, rower to idealny środek transportu na jeden dzień zwiedzania. Wystarczy wam czasu akurat na zwiedzenie wszystkich świątyń…

Thailand, 2020.02

Thailand… one more time (cycling from Bangkok to Cambodia). // Bangkok raz jeszcze… Rowerem z Bangkoku do Kambodży.

Assumption Cathedral, Bangkok // Katedra Wniebowstąpienia:

Lumpini Park, Bangkok

Chatuchak Market

Wang Saen Suk (Buddhist Hell // buddyjskie piekło)

Wat Sothon Wararam Worawihan (+the town of Chachoengsao)

In between // Pomiędzy

Philippines, 2020.01

Philippines one more time // Filipiny raz jeszcze

A short post this time, mostly photography-filled. And divided into four sections: Lake Taal volcano eruption – Tablas Island – Banton Island – Back to Manila via Lucena + bonus (timetables of ferries connecting different towns/islands).

Tym razem krótki wpis, przede wszystkim fotograficzny. I podzielony na cztery części: wybuch wulkanu-wyspa Tablas-wyspa Banton-droga powrotna do Manili przez Lucenę + bonus w postaci zdjęć harmonogramów kursów promów między poszczególnymi wyspami/miejscowościami.

Lake Taal Volcano Eruption // Wybuch wulkanu na jeziorze Taal

Tablas (Romblon province)

Banton (Romblon province)

On my way back to Manila via Lucena // Z powrotem do Manili przez Lucenę

Ferry timetables // Rozkłady jazdy promów

 

Yarchen Gar + near Tagong, 2018.04

Sharing some images from the trip I had to one of the most amazing places in Sichuan, China: Yarchen Gar (Yaqing Si) buddhist monastery. The view of the monk shanty town (female monks living within the “island”, male monks – outside)  enclosed by meandering river is simply surreal. Too bad the authorities are “developing” the place and tearing it down…

Plus some photos from near Tagong.

//

Wrzucam kilka obrazków z jednego z najbardziej niesamowitych miejsc, które można odwiedzić w regionie Siczuan: klasztor i świątynia Yarchen Gar (Yaqing Si). Widok wyspy szczelnie zabudowanej mnisimi chatkami z byle czego robi spore wrażenie. Z perspektywy turysty – trochę szkoda, że władze próbują “udoskonalić” mnisie miasteczko, głównie poprzez wyburzanie jego części…

Plus kilka zdjęć z okolic Tagong.