2022-2025 Nepal

I will try to recap multiple sojourns in Nepal in one swoop—sharing a ton of photos (and a couple of videos) that document everything from festivals (both Hindu and Buddhist) and the local rhythm of daily life, to my work at Magic Marble Foundation Care Center (mostly for dogs) in Kathmandu and a mission to Jajarkot to provide relief to earthquake survivors. I’m also throwing in a trek toward Annapurna, some chilling by Lake Begnas, producing a video for an elephant sanctuary (Stand Up 4 Elephants), and a visit to Chitwan National Park…

A massive thank you to Magic Marble Foundation —the organization without which my discovery of Nepal would never have happened, at least not in such a beautiful and meaningful way.

//

Temat kilkukrotnych pobytów w Nepalu pozwolę sobie załatwić zbiorczo – wrzucając sporo zdjęć (i parę materiałów video), które dokumentują i święta (zarówno hinduskie, jak i buddyjskie), i lokalną codzienność, i pracę w ośrodku opieki nad zwierzętami (głównie psiakami) w Katmandu, i podróż do Jajarkot z pomocą dla poszkodowanych w trzęsieniu ziemi. Do tego dorzucam przebieżkę pod Annapurnę, chillowanie przy jeziorze Begnas, realizację filmiku dla schroniska dla słoni (Stand Up 4 Elephants) i wizytę w Parku Narodowym Chitwan…

Wielkie dzięki dla Magic Marble Foundation Magic Marble Foundation – organizacji, bez której odkrywanie Nepalu nigdy nie doszłoby do skutku, a na pewno nie w tak pięknej i wartościowej formie.

Festivals & celebrations:

Kathmandu:

Jajarkot:

Lumbini – birthplace of Buddha:

Mountains:

Begnas:

Chitwan (incl. elephants)

20025.02 Bangladesh

Following the flow of the sacred River, I leave India and say hello to Bangladesh. Here is where Ganga changes her name to Padma. At the Benapole crossing (the only land crossing available to foreign tourists), I see surprise in the eyes of the border guards, but I also sense a great deal of sympathy for my weird looking self; even a slight attempt at a currency exchange scam while paying for the visa felt somehow endearingly cute.

Throughout Bangladesh, an exotic-looking tourist involuntarily generates a powerful magnetic field, attracting stares, smiles, and literal wreaths of onlookers unaccustomed to seeing foreigners—especially in places people usually just drive through without stopping for a moment… Sometimes I feel like the whole country is one big bypass place… Which is so unfair, because while Bangladesh might not blow you away with a huge number of monuments, it more than makes up for it with the warmth of its people and their intense hospitality. At its mildest, this means endless tea invitations; at its most extreme, it means your host programs your entire day so you see exactly what they deem necessary and right. Then there is the picturesque “riveriness” (hundreds of rivers crisscrossing the country, depending on the source from 300 to even 900). And the river is indeed the leitmotif of my journey this time.

(I’ll take this opportunity to mention the book I published about the mighty Ganga/Padma – more info in the Ganga/Padma tab at the top of the page).

//

Podążając za biegiem świętej Rzeki, opuszczam Indie i witam się z Bangladeszem (zaś Ganga/Ganges zmienia nazwę na Padma) . Na przejściu w Benapole (jedynym lądowym przejściu dostępnym dla zagranicznych turystów) u pograniczników wyczuwam zaskoczenie, ale i dużą dozę sympatii dla mojej osoby. Nawet próba lekkiego przekrętu przy wymianie waluty podczas opłacania wizy wypada pociesznie i milusio.

W całym Bangladeszu egzotycznie wyglądający turysta mimowolnie wytwarza silne pole magnetyczne, przyciągające spojrzenia, uśmiechy i całe wianuszki gapiów nieprzyzwyczajonych do widoku obcych – zwłaszcza w miejscach, przez które zazwyczaj się przejeżdża, nie przystając ani na chwilę… Czasami mam wrażenie, że cały kraj jest jedną wielką omijalnią. Zupełnie niesłusznie, bo Bangladesz, choć nie powala wielością zabytków, nadrabia to serdecznością ludzi i ich bardzo intensywną gościnnością (której najłagodniejszym przejawem są liczne zaproszenia na herbatę; w innych przypadkach oznacza ona zaprogramowanie gościowi całego dnia tak, by zobaczył to, co gospodarz uzna za konieczne i słuszne). Warto wspomnieć też o malowniczej „rzeczności” – kraj przecina, zależnie od źródła, od 300 do nawet 900 rzek, a rzeka to wszak motyw przewodni mojej podróży.

(W tym miejscu pozwolę sobie wspomnieć o wydanej przeze mnie książce, traktującej o świętej Rzece Gandze/Padmie. Więcej informacji na jej temat znajdziecie w zakładce Ganga/Padma u góry strony.)

Jessore:

Kushtia & Ruppur:

Dalautdia:

Dhaka:

Near Bengal Bay – Nalian, Haringhata, Badurtala, Patharghata, Kuakata:

Barisal:

Chittagong:

Cox’s Bazaar, one of the longest beaches in the world:

In between, on the boats:

2024/2025 India

Many years after a definitely-too-hasty trip through India [LINK], the opportunity finally arose to fulfill a promise I made to myself: to return to one of the most fascinating, colorful, and mind-bending places on the globe—this time with the luxury of having more time.

Every traveler here is faced with an overwhelming choice of places, cultures, people, and attractions… How do you let India pull you in? Do you throw yourself into the whirlwind of “postcard” sights, historical landmarks, and cult classics? Do you choose the spiritual path and dissolve into sacred sites, yoga courses, and Vipassana retreats? Or would you rather admire nature? Splash in the ocean? Squeeze into overcrowded, almost-always-delayed trains? Or perhaps get offended by the chaos and the eye-stinging poverty?

This time, alongside a few reruns and new “check-offs” of historical and cultural sites, I decided to let myself be guided by the Ganga (“Ganga” is the correct, non-anglicized name for the river most sacred to Hindus) and trust in the kindness of the locals… Because beneath a slightly unpleasant, very thin layer of pushy tuk-tuk drivers, scammers, and hustlers of all stripes, beats a wonderful heart of hospitality and openness toward the traveler from afar.

P.S. The timing of this trip was perfect: I found myself in the middle of the biggest religious gathering in history: the Maha Kumbh Mela!

Allow me a little self-promotion here: from the photographs and texts created during my journey along the River (from the Himalayas to the Bay of Bengal in Bangladesh), a book was born, which I warmly encourage you to buy. You can find more details in the Ganga/Padma tab at the top of the page. End of the ad, I invite you to view the photos in the gallery below:

//

Po wielu latach od zdecydowanie zbyt pospiesznej podróży po Indiach [LINK], w końcu nadarzyła się okazja, by zrealizować złożoną samemu sobie obietnicę i wrócić do jednego z najbardziej fascynujących, kolorowych i zadziwiających miejsc na globie – tym razem z większą swobodą czasową.

Każdy przybysz zostaje tu postawiony przed trudnym wyborem wobec natłoku miejsc, kultur, ludzi i atrakcji… W jaki sposób pozwolić Indiom się wciągnąć? Czy rzucić się w wir zwiedzania miejsc „pocztówkowych”, historycznych, kultowych? Czy wybrać ścieżkę duchową i rozpłynąć się w świętych miejscach, na kursach jogi czy vipassanach? Podziwiać naturę? Pluskać się w oceanie? Potłoczyć się w przepełnionych, niemal zawsze opóźnionych pociągach? A może poobrażać się na chaos i kłującą w oczy biedę?

Tym razem, oprócz kilku powtórek i nowych „odhaczeń” zabytkowych i kulturalnych, postanowiłem dać się prowadzić Gandze („Ganga” to poprawna, niezangielszczona nazwa najświętszej dla wyznawców hinduizmu rzeki) i zaufać życzliwości miejscowych… Bo pod mało przyjemną, bardzo cienką warstwą nachalnych kierowców tuk-tuków, oszustów i naciągaczy wszelkiej maści, bije wspaniałe źródło gościnności i otwartości na przybysza z daleka.

P.S. Wypada też wspomnieć o idealnym momencie do odbycia tej podróży: otóż udało mi się wpaść w sam środek Maha Kumbh Mela, największego zgromadzenia religijnego w historii świata!

Mała autoreklama: z materiałów fotograficznych i tekstów stworzonych podczas podróży wzdłuż Rzeki (od Himalajów po Zatokę Bengalską w Bangladeszu) powstała książka, do której kupna serdecznie zachęcam. Więcej szczegółów znajdziecie w zakładce Ganga/Padma u góry strony. Koniec reklamy, zapraszam do oglądania zdjęć w galerii poniżej:

https://youtu.be/rVWAzNczKnI

Trains, the best way to travel India:

A quick handshake with New Delhi:

Amritsar:

Wagas, India/Pakistan border:

Agra:

Jaipur:

Pushkar:

Jodphur:

Ahmedabad:

Nasik + nearby landscapes:

Mumbai:

Aurangabad – the city of mini-Taj Mahal and temples carved in rock

Bhopal:

Khajuraho:

Patna:

Darjeeling + Gangtok

Bhubaneshwar + Konark:

Chennai:

Annanagar, home of Meenakshmi Temple:

Alappuzha:

Valparai, a town taken over by lion tailed macaque (very rare species!)

Goa:

Along the Ganga (Ganges):

Cambodia, 2020.02-03 part 4 (final): Phnom Penh, Kampot

Way to Phnom Penh // Droga do Phnom Penh

No useless babbling here… What I meet on the way is dust, towns, villages … and lots of friendly people, encouraging me to cycle harder with their smiles. The capital city itself greets me with a big fire, traffic chaos (it seems the city sprang out so fast that there was no time to built traffic lights!) and with my friends from Battambang who host me here, too.

//

Tutaj bez zbędnych opisów… Po drodze – kurz, miasta, miasteczka … i mnóstwo przyjaznych ludzi, uśmiechem zachęcających do wzmożonego wysiłku. A sama stolica wita mnie pożarem, chaosem komunikacyjnym (miasto nagle tak się rozrosło, że nie starczyło czasu na wybudowanie sygnalizacji świetlnej!) i … znajomymi z Battambang, którzy i w Phnom Penh mnie goszczą.

 

Kampot

I tag along a group of artists, who organize workshops for kids living in the province. While shooting a video for them, I visit some nice and quaint places.

//

Na wycieczkę po Kampot i okolicach zabiera mnie grupa artystek, która organizuje warsztaty dla dzieciaków na prowincji. Kręcę dla nich klip dokumentujący całe zdarzenie a przy okazji odwiedzam nowe, sympatyczne miejsce.

Cambodia, 2020.02-03 part 3: Angkor Wat temple complex

This is the main reason why everyone comes to Siem Reap and to Cambodia in general. The legendary Angkor temple complex… I hope that the photos will reveal at least a fraction of how majestic the temples feel but also how relentless time is and how intrusive the nature… In a way I am also lucky to be here at this particular moment – the crowds are smaller due to coronavirus…

Practical tip: tourist centre where you purchase entrance tickets is way away from any entrance – better think about it, especially if you are planning a one day visit only. Btw, one day is just enough to see all the temples if you are moving around by bicycle.

//

Oto i główny cel, dla którego przyjeżdża się do Siem Reap i w ogóle do Kambodży. Legendarny kompleks świątyń dawnego imperium Angkor… Mam nadzieję, że zdjęcia, choćby w minimalnym stopniu, oddadzą majestatyczność świątyń, ale i nieustępliwość czasu, który je nadkruszył i natury, która się w nie wdarła… Ja mam dodatkowo to szczęście, że tłumy, przetaczające się przez Angkor Thum (lub Thom, jak kto woli, w granicach którego znajduje się słynna świątynia Angkor Wat) są nieco mniejsze – efekt koronawirusa…

Uwaga praktyczna: centrum, w którym nabywa się bilety, znajduje się zupełnie gdzie indziej, niż sam kompleks świątynny – lepiej uwzględnić to przy układaniu planu zwiedzania, zwłaszcza jeśli to plan jednodniowy. Acha, rower to idealny środek transportu na jeden dzień zwiedzania. Wystarczy wam czasu akurat na zwiedzenie wszystkich świątyń…

Cambodia, 2020.02-03 part 2: Getting to and around Siem Reap

Way to Siem Reap // Droga do Siem Reap

Taking a bus would be the easiest way to go… Or (more expensive and slower) morning tourist boat… But I decided to check whether I could get there by bike. And yes, it is doable but not all the way. At some point, where all roads end I had to negotiate a boat with local fishermen to take me to the next town where I can get back on the road. It cost me 7 USD, though you could probably negotiate it even lower. And then – through the fields and dust I go, back on the main road and to Siem Reap herself.

//

Najłatwiej byłoby się wybrać do Siem Reap autobusem… Albo (droższą i wolniejszą) poranną łodzią turystyczną… Ale ja postanowiłem, czy i jak daleko da się dojechać rowerem. I da się – dosyć daleko. Niemniej jednak w pewnym momencie muszę zagadać z mieszkańcami nadrzecznego miasteczka, w którym wszelkie drogi się urywają i wynająć łódkę do kolejnego miasteczka, z którego można jechać dalej. Koszt: 7 USD, choć prawdopodobnie dałoby się ostrzej negocjować. A potem – jazda przez pola i kłęby kurzu, do drogi głównej i aż do samego Siem Reap.

Siem Reap

is one big tourist attraction, at least that is what it is intened to be according to those who keep erecting ever new Angkor-like hotels, theme parks, pubs… Personally I don’t find anything too charming in this city, though obviously I visit a couple of temples… And I also visit the nearby floating village – Chong Khneas (passing by picturesque but so terribly poor riverside villages built on stilts). I strongly encourage you not to pay the monopolist who organizes boat tours to Chong Khneas – not only did they mess up the whole river bank to build a huge pier but they are also trying – using their security staff – to impose a ban on individual land travel in the direction of floating village, which is super-irritating, especially that the town you pass on the way is a beautiful one. After looooong negotiations, after the arrival of police(!) I finally get granted the rght to pass. Down with all monopolists!;)

//

to jedna wielka atrakcja turystyczna, przynajmniej w założeniu tych, którzy wznoszą kolejne angkoropodobne hotele, parki rozrywki, puby… Ja w samym mieście nie znajduję nic wzruszającego, choć oczywiście parę świątynek zaliczam… A potem wybieram się do pływającej wioski Chong Khneas (mijając malownicze ale też przebiedne nadrzeczne wioski osadzone na palach). Gorąco zachęcam do tego, żeby nie dawać zarobić monopoliście, który organizuje łodzie do Chong Khneas – nie dość, że rozwalił całe nabrzeże, żeby zbudować olbrzymią przystań, to próbuje – za pomocą ochroniarzy – zabronić indywidualnego przejazdu w kierunku pływającej wioski, co jest dla mnie mocno irytujące, zwłaszcza, że wioseczka, którą się przejeżdża po drodze, jest bardzo malownicza. Po dłuuuuugich negocjacjach, przyjeździe policji(!) udaje mi się wymóc prawo przejazdu. Na pohybel monopolistom!;)

Thailand, 2020.02

Thailand… one more time (cycling from Bangkok to Cambodia). // Bangkok raz jeszcze… Rowerem z Bangkoku do Kambodży.

Assumption Cathedral, Bangkok // Katedra Wniebowstąpienia:

Lumpini Park, Bangkok

Chatuchak Market

Wang Saen Suk (Buddhist Hell // buddyjskie piekło)

Wat Sothon Wararam Worawihan (+the town of Chachoengsao)

In between // Pomiędzy

Philippines, 2020.01

Philippines one more time // Filipiny raz jeszcze

A short post this time, mostly photography-filled. And divided into four sections: Lake Taal volcano eruption – Tablas Island – Banton Island – Back to Manila via Lucena + bonus (timetables of ferries connecting different towns/islands).

Tym razem krótki wpis, przede wszystkim fotograficzny. I podzielony na cztery części: wybuch wulkanu-wyspa Tablas-wyspa Banton-droga powrotna do Manili przez Lucenę + bonus w postaci zdjęć harmonogramów kursów promów między poszczególnymi wyspami/miejscowościami.

Lake Taal Volcano Eruption // Wybuch wulkanu na jeziorze Taal

Tablas (Romblon province)

Banton (Romblon province)

On my way back to Manila via Lucena // Z powrotem do Manili przez Lucenę

Ferry timetables // Rozkłady jazdy promów

 

Balkan countries 2019.10 – 2019.12 part 4

Shkoder

Partly rotten, partly renovated, Shkoder welcomes me with carts full of junk, Romany camp, spacious boulevards, all turned up pavements, pavements where little entrepreneurs sit… and so do lots of gentlemen who wait for something non-specific and they are killing their time with a game of domino… Later on I discover the neat pedestrian walk, mosques, churches… And the lake, where you definitely want to take a tour and hike up some nearby mountains… If the weather permits, that is….

And then, in the early morning, I discover an earthquake.

Nobody is panicking though, those things just happen in these parts of the world.

And I am impressed with the way that Albanians get organized to help those affected by the calamity… I am lucky to meet the great people from EKO Mendje (local NGO) and I join them, documenting their actions. People are bringing groceries, blankets, mattresses, whatever they can… I saw a powerful image in a kid coming by bicycle bringing two loaves of bread… Then we all go to temporary camps to distribute the goods. All is going well until we are requested to leave as the prime minister is coming to snap some photos…

Oh, and I meet the talkative Charles again. We decide to to visit the gypsy camp where we play a football game Europe vs. almost Europe.

Shkoder

Częściowo zaropiały, częściowo odnowiony Shkoder wita mnie wózkami ze złomem, romskim obozowiskiem, przestronnymi bulwarami ze zmasakrowanymi chodnikami, chodnikami zasiedzianymi przez drobnych handlarzy oraz przez panów czekających nie wiadomo na co i ten czas oczekiwania zabijającymi grą w domino… Dopiero później odkrywam schludny deptak, meczety, cerkwie, kościoły… I jezioro, wokół którego warto zrobić sobie rundkę a także wyskoczyć w okoliczne góry… Ale to przy sprzyjających warunkach meteorologicznych…

A potem, nad ranem, odkrywam trzęsienie ziemi.

Nikt nie panikuje, to się w tych rejonach co jakiś czas zdarza.

Za to imponują mi Albańczycy sposobem, w jaki organizują pomoc dla poszkodowanych… Mam to szczęście, że poznaję przefajnych ludzi z NGO o nazwie EKO Mendje i przyłączam się do nich, dokumentując ich akcję. Ludzie zwożą artykuły spożywcze, koce, materace, kto co może… Najbardziej rozbraja mnie chłopaczek, który podjeżdża rowerem i przywozi dwa bochenki chleba… Jedziemy potem rozdawać te dary w tymczasowych obozach. Akcja zostaje zakończona wyproszeniem pomagających z obozu, bo przyjeżdża premier i będzie pozował do zdjęć…

Ach, i w Szkodrze znowu spotykam wygadanego Charlesa. Wybieramy się do cygańskiego obozowiska, w którym rozgrywamy z dzieciakami mecz piłkarski Europa-prawie Europa.

Tirana

I am feeling a little stressed as I suddenly enter the highway… I ride it as fast as possible, just in case… And then there is another chunk of highway that I have to cover… Otherwise I would be adding lots of kilometers and winding tiny roads. At some point, a police car pulls over just in front of me. And so I think I am doomed. But no, they are only here to meet with their friends in a car that pulls over right after. And a few kilometres later I totally get convinced that you should ignore traffic regulations here… As I approach a long tunnel, road workers start waving at me and telling me I should go back and make a 20 km detour as bikes are totally not allowed inside…. And then they throw my bike on the back of their pickup car and give me a ride to the end of the tunnel…

And as for the city of Tirana – it’s big, contrasty, with lots of Hodza-socialist style architecture, patched with more Middle-Eastern squeezey, weird-shapey little buildings… A mosque here, a bazaar there, a museum, a pyramid… And some talkative (Italiano only) local elders, who might not own anything at all but that doesn’t mean they have no bottle of raki to share…

And do join the Free Walking Tour (aka pay as much as you want walking tour) – two hours’ walk fills you with quite some knowledge.

And one more recommendation – The English Hostel – good price, great location, tasty breakfast and the owner, an American guy, obsessed with clarinet music and raki – always ready to share either of those two.

It’s picturesque again on the road to Macedonian border, especially past Elbasan… It is a little somber, autumny but the sun is still sliding down the hills and glitters in ever colder waters of meandering river… The winter is closing on me.

Friendly Albanian people are greeting the freezing cyclist, wishing him good luck, some of them offering him bread… Albania doesn’t want to let me go. At the very end it throws one last barrier at me – the steep uphill ride past Prrenjas. One more look behind at the vast panorama of the valley… And here we are at the border.

Następny przystanek:

Tirana

Po drodze łapię lekki stres, bo ni z tego, ni z owego wjeżdżam na autostradę… Na wszelki wypadek przemykam po niej szybko, tak bardzo poboczem, jak tylko się da. A potem okazuje się, że czeka mnie kolejny kawałek autostrady… Ale gdybym chciał jechać zgodnie z wszystkimi przepisami, to bym się rozbijał krętymi dróżkami, nadkładając dzień drogi. W pewnym momencie, tuż przede mną, zjeżdża na pobocze radiowóz… Oho, czyli limit szczęścia na dziś wyczerpałem… Ale nic z tych rzeczy, przed radiowozem zatrzymuje się kolejne auto, z którego wysiada uśmiechnięty typ – po prostu znajomi, z których jeden jest policjantem, spotkali się się na pogawędkę. A już po paru kilometrach kolejny dowód na to, że przepisy w Albanii można i należy naginać. Na wjeździe do długiego tunelu machają na mnie pracownicy drogowi, że absolutnie nie wolno wjeżdżać rowerem i muszę sobie zrobić 20-kilometrowy objazd… Po czym oferują przewiezienie mnie przez tenże tunel autem roboczym… Niespodziewany rowerowy autostop:)

A Tirana – wielka, z mnóstwem kontrastów, Hodżowo-socjalistyczną morówkową architekturą, poprzetykaną bardziej bliskowschodnimi chaotycznie wobec siebie ustawionymi budyneczkami… Tu meczet, tam bazar, tu muzeum, tam piramida… Tu chętni do pogadania (po włosku!) starsi panowie, którzy choć nic właściwie nie mają, to jednak mają flaszeczkę raki i chętnie poczęstują… Warto wybrać się na dobrowolnie opłacane oprowadzanie po mieście – tzw. Free Walking Tour – w dwie godziny łyka się solidną porcję wiedzy i odbywa się całkiem miłą przechadzkę.

I jeszcze polecę The English Hostel – dobra cena, dobra lokalizacja, świetne śniadanie w cenie i właściciel – Amerykanin z lekką obsesją na punkcie muzyki klarnetowej i raki. Obiema pasjami chętnie się zresztą dzieli:)

Na trasie od Tirany do granicy macedońskiej robi się malowniczo, zwłaszcza za Elbasan… Trochę surowo, jesiennie, ale słońce wciąż przyjemnie rozpływa się po wzniesieniach i migocze na coraz bardziej zmarzniętej powierzchni meandrującej rzeki… Zima czai się za rogiem…

Mili napotkani ludzie pozdrawiają zmarzniętego rowerzystę, życzą powodzenia, częstują chlebem…

Albania nie chce mnie wypuścić… Na sam koniec rzuca mi ostateczną przeszkodę – ostry podjazd pod górę za Prrenjas. Jeszcze tylko spojrzenie za siebie i widok na rozległą panoramę doliny… I już granica.

Ohrid

They warn me about the snow as I cross the border. I choose not to believe them. My non-believing only works out a little as I dash through some snow indeed. I rub my hands and cycle on. I reach the lake from Struga town side… This place is trying to put on a resortey face, though there is plenty of Albanian chaos around. And everything is Albanian here, including the flags on top of the masts. Later I will hear stories of mutual distrust between Macedonians and Albanians living in Macedonia.

The city of Ohrid, however, is very Macedonian already. And I get to experience Macedonian hospitality right away… When I arrive, freezing, at the door of the hostel, the owner’s mother has a quick look at me and rushes me into family room and urges me to sit next to the stove, puts a cup of hot tea in my hands and brings the warm purry cat around. And as the owner arrives I learn he is a very hospitable person, too and he is happy with every guest arriving… Five stars for Point Hostel!

The town itself is worth visiting and experiencing its narrow streets, very Mediterranean-coastal architecture (even though it s a lake and we are quite far from the sea), there is a fortress, there is an amphitheater… And those views of the blue water and the mountains in the background. I bet it’s great to be hear in warm weather and to hike those peaks…

I park my bike here and get on a bus up North.

Ohrid

Na granicy ostrzegają mnie o śniegu na trasie. Postanawiam im nie wierzyć. I tą niewiarą udaje mi się trochę śniegu roztopić, ale tylko trochę. Co jakiś czas rozcieram zmarznięte palce i jadę dalej. Nad jezioro dojeżdżam od strony Strugi – miasteczka starającego się przybrać kurortowy wyraz twarzy, choć wszędzie dookoła wypływa barwny albański chaos… Bo tu wszystko albańskie jest, łącznie z powiewającymi dookoła flagami. Później się jeszcze nasłucham o podziałach i absolutnym braku zaufania Macedończyków do Albańczyków i vice versa…

Miasto Ohrid jest już z kolei bardzo macedońskie… A macedońskie oznacza dla mnie również przegościnne… Kiedy ląduję zziębnięty pod drzwiami hostelu, otwiera mi matka właściciela, szybko lustruje mnie wzrokiem i zaraz zapędza mnie do części budynku zamieszkałej przez gospodarzy, pod sam piec, wesoło buchający ciepłem i wręcza mi gorącą herbatę oraz kota do przytulania. Sam gospodarz też jest przemiły i cieszy się z obecności każdego gościa… Pięć gwiazdek dla Point Hostel:)

Samo miasto warte jest zwiedzenia i doświadczenia jego wąskich uliczek, bardzo śródziemnonadmorsko wyglądającej architektury (choć to przecież jezioro, a do morza kawał drogi!), jest nawet forteca i amfiteatr… I te widoki na błękit wody i góry w tle… Na pewno warto wrócić tu w sezonie i powłóczyć się wzdłuż wybrzeża, może ogarnąć jakiś trekking?

Zostawiam tu rower i robię wypad na północ, najpierw do…

Skopje

The capital city of Macedonia (now officially called North Macedonia) must have the highest number of statues and monuments per square kilometer… And each and every one of them refers to antiquity so intensely that you might start thinking that this is where Greece began… There is also a tightly packed Albanian borrough, reconstructed city walls, huge classicist building of all institutions… But I like Kenzo Tange’s works better – his buildings are a part of never fully realized plan of reconstruction of the city after disastrous earthquake of 1963. And there is also Mother Theresa’s house, with quite a number of interesting photo documenting different stages of her career. A little more interesting than I expected.

I was hoping I would take a train out of here to Kosovo but it’s kind of tough to find operating trains in the Balkans… And this one only runs in summer.

But there is a bus.

Skopje

Stolica Macedonii, obecnie już oficjalnie zwanej Północną, ma chyba największą liczbę rzeźb i pomników na kilometr kwadratowy… A każda z nich przywołuje ducha Antyku tak intensywnie, że aż można uwierzyć, że to Macedończycy dali początek Grecji… Jest też ścieśniona i posklepikowana dzielnica albańska, są zrekonstruowane mury, potężne klasycyzujące gmaszyska urzędów… A mnie się najbardziej podoba odjechana architektura Kenzo Tange – zrealizowana część wielkiego planu odbudowy miasta po tragicznym trzęsieniu ziemi w 1963 r. I jest jeszcze dom Matki Teresy, ze sporą ilością zdjęć z różnych etapów jej kariery. Jest ciekawiej niż można było się spodziewać.

Liczyłem na to, że zrobię sobie stąd kolejowy wypad do Kosowa… Ale na Bałkanach w ogóle coś słabo z pociągami, a ten konkretny kursuje tylko sezonowo.

Ale jest autobus.

Kosovo

Pristina feels chaotic but in a friendly way. Mainly thanks to friendly people, eager to tell you how strongly they feel for their new country. Some places here are a little posh, others half-abandoned (the huge sports complex, what beautiful nightmarish-futuristic architecture!)… And Christmas is in the air…

I also visit Pec (Peje) – finally, a train! – and its ultrared Pec Patriarchate. Once more I arrive in a beautiful place but in the wrong season… The surrounding mountains are demanding that I hike them… But not in this kind of weather…

Kosowo

Prisztina jest wielce chaotyczna, ale w przyjazny sposób. Bo i przyjaźni są ludzie, chętnie opowiadający o tym, jak bliska ich sercu jest ich nowa ojczyzna. Niektóre miejsca są też trochę posh, inne pozostawione same sobie (centrum sportowe, cóż za piękna upiorno-futurystyczna architektura!)… A dookoła krąży duch świąt Bożego Narodzenia…

Odwiedzam jeszcze Pec (Peje) – w końcu połączenie pociągowe! – a w nim przeczerwoną cerkiew Pecowego Patriarchatu. Po raz kolejny kompletnie nie trafiłem z terminem – okoliczne góry aż proszą o wybranie się na przechadzkę… Ale nie przy tej temperaturze i nie w tej mgle…

Balkan countries 2019.10 – 2019.12 part 3

Kotor, Montenegro

(and Herceg Novi on the way, with its lovely compact old town, just the right place for a short break)

The Bay of Kotor makes your jaw drop when you ride/drive in… And this is only the beginning. You have to check out the old town (as well as nearby small towns!), where you can find old Italian villas, cats, churches, winding little roads, cats, countless restaurant and pubs, cats, cats… And the Ladder of Kotor, the trekking trail leading above the town… Each bend of the Ladder is a beautiful view of the city and the bay, each step is a new goat jumping around. The wind is blowing, the clouds are running across the sky… Nest to the tiny church up the hill lays a donkey, waiting for you to take photos… Against the fortress wall stands a ladder and next to it it says you aren’t allowed to climb it to get inside (you should enter from within the old town, waaaay down… and pay for the entrance). Well, everybody has to solve this dilemma on their own…

Evening time. In my hostel I meet a Serb who organizes tours for Chinese tourists who don’t speak any language at all but are still happy… He is telling me that there are no Croats, no Montenegrins or Kosovars – there only exist coastal Serbs, mountainous Serbs and somewhat confused Muslim Serbs… When will they ever understand?

Kotor, Czarnogóra

(A po drodze jeszcze Herceg Novi z uroczym, kompaktowym, starym miastem, w sam raz na krótką przerwę na trasie)

Zatoka Kotorska już z poziomu nabrzeża rozdziawia i zachwyca… A to przecież dopiero początek. Do zwiedzenia i zachwycania zachęca całe stare miasto (a także okoliczne miasteczka!). A tam: starowłoskie rezydencje, koty, kościoły, kościółki, koty, pokręcone uliczki, koty, niezliczone knajpki, koty, koty… I jeszcze Kotorska Drabina, czyli trasa na wzgórza wyrastające Kotorowi za plecami… Każdy zakręt to piękny widok na miasto i zatokę, każdy szczebel wyżej to nowa rozbrykana koza. Wiatr szumi, chmury gonią po niebie… Pod kościółkiem wyleguje się osioł, domagający się wręcz wykonania zdjęcia. Przy murze fortecy wieńczącej wzgórze stoi drabina a obok niej widnieje napis, że nie wolno wchodzić do środka (należy wchodzić na dole, od strony starego miasta, płacąc za bilet). Każdy musi rozwiązać ten dylemat zgodnie z własnym sumieniem…

Wieczorem w hostelu spotykam Serba, organizującego wycieczki chińskim turystom, którzy ni w ząb nie rozumieją żadnego języka… Tłumaczy mi, że nie ma Chorwatów, Czarnogórców czy innych Bośniaków… Są tylko nadmorscy Serbowie, górscy Serbowie i zagubieni muzułmańscy Serbowie… Kiedyż w końcu oni wszyscy to zrozumieją?

Jezerski Vrh

This is where the mausoleum of king Petar II Petrovic-Njegos is located.

The route is pretty demanding as you cycle up from sea leavel to over 1600 m. And you freeze more and more as you ascend. But you don’t complain, you watch the views… The higher, the more breathtaking, the more you see the shore driving its claws into Adriatic Sea… And finally you see nothing as you get surrounded by milky cloudiness… And then it appears – Jezerski Vrh, one of the highest peaks of Lovcen Park, topped with simple and elegant mausoleum building, with steep stairs leading you there. It’s empty at the top… You can get pensive and amazed with the landscape that surrounds you, covered and uncovered by passing clouds…

And now let’s go downhill, to Budva, stopping briefly in Cetinje (in front of a pastry shop I meet two dudes that look like they’re playing in a metal band… “’Cos we do play in a metal band”. They want to leave the town forever. They hate Jews. They are having a birthday party. There will be cake and acid. I pass).

Jezerski Vrh

To tam mieści się mauzoleum króla Petara II Petrovica-Njegosa.

Trasa nie za łatwa, bo z poziomu morza wjeżdża się na ponad 1600 m. Wjeżdża się i się marznie. Ale też się nie narzeka, bo widoki dookoła przepiękne… Im wyżej, tym lepiej widać, jak rozcapierza się wybrzeże i wpija się w Adriatyk… Aż w końcu nic nie widać, bo wjeżdżamy w chmurową mleczność… A potem spośród nich wyłania się Jezerski Vrh, jeden z wyższych szczytów Parku Lovcen, zwieńczony prostym i eleganckim budynkiem mauzoleum, do którego prowadzą strome schody. Pusto na tym szczycie… Można się zadumać i zachwycić, wpatrując się w otaczający nas krajobraz, co chwilę odsłaniany i na powrót zasłaniany przez przepływające chmury…

A teraz w dół, do Budvy, z przystankiem w Cetinje (pod cukiernią spotykam dwóch typów, którzy wyglądają jakby grali w zespole metalowym… „Bo gramy w zespole metalowym”. Chcą wyjechać z Cetinje. Nienawidzą Izraela. Zapraszają na urodziny – będzie tort i będzie kwas; jadę dalej).

Budva & Bar

I’m here after the tourist season ended so I can’t feel the famous Budvan holiday vibes, but I can feel the omnipresence of expats, especially those from Russia (good business relations with the presiditator of Montenegro), who have created a nice little Russian microcosm. The old town is kind of charming, but nothing too impressive after you have seen Kotor…

Lunch in Bar, as everything is half of the price compared with Budva. And make sure to check out Old Bar where they struck the right balance between reconstruction and maintenance of ruins.

And downhill to Shkoder.

Jestem po sezonie, więc słynnych budvowych wczasowych wibracji nie wyczuwam, ale za to wyczuwam wszechobecność ekspatów, zwłaszcza rosyjskich (dobre relacje z prezyfiozem Czarnogóry), którzy zorganizowali tu sobie miły rosyjski mikrokosmos. Stare miasto ma swój urok, choć po Kotorze nie da się zbyt mocno nim wzruszyć…

Obiad w Barze, bo tutaj ceny są o połowę niższe od tych kurortowo-budvowych. I jeszcze Stary Bar, w którym znaleziono dobre proporcje między rekonstrukcją a zachowaniem oryginalnych ruin.

A potem jazda z górki w stronę Szkodra.