At the border with Cambodia, a grumpy Vietnamese official furiously slams a stamp into my passport and tosses it—half at my face, half into my hands (bless him for being fast and hassle-free though). A few steps later, it gets much friendlier—the lady managing the border toilets exchanges dollars for dongs at a fair rate and tries to organize a bus for me (prices were too high for my taste, so I decided to go on a scouting walk and a few hundred meters away I found a small company offering minibuses at a lower price and surprisingly high standard—ultra-comfy seats, working WiFi!).
In Ho Chi Minh City (aka Saigon), the cheapest accommodation can be found in a rather sketchy district; I try to find a place that looks as little like a brothel as possible and end up in the home of an elderly lady with a wide smile, open to a bit of price negotiation (though not open to cleaning the room; a bit scary to turn on the lights). The next day: sorting out a withdrawal from an ATM (in Vietnam, there is practically no possibility of paying for purchases with a foreign card), a visit to Decathlon, and visiting tourist attractions, which this dynamically developing city has in abundance (my favorite place is the Ho Chi Minh City Museum, which tries to attract with mediocre display cases and authentic tanks and planes, but its greatest value is the swarms of young couples and local influencers having photo sessions in the historic interiors).
On the route from south to north, you can’t skip Hoi An—a very UNESCO-fied and touristy town, but not without charm, especially in the early morning hours when the garish shop displays don’t yet disturb the harmony of the yellow architecture. I arrive here before the Vietnamese New Year, so local street parties are slowly starting to pick up, and it’s worth stopping and getting pulled into the festivities. Sustained by local beer, I take on the karaoke challenge—together with the hosts, we sing soulful Vietnamese songs. I then invite the locals to sing a Polish classic: “Baranek” by Kult, which effectively results in the official closure of the singing party.
The next stop, which I reach by a surprisingly comfortable train (public transport in Vietnam is suspiciously high quality), is beachy Da Nang with its photogenic Dragon Bridge. Right next to the city sits the picturesque Son Tra Peninsula, with a beautiful temple complex and a natural wonder in the form of an endangered monkey species: the stunning Red-shanked Douc (which you can observe by booking an absurdly expensive tour or just by asking around and looking carefully in the designated spot; I’ll happily provide free info on the exact location to those truly interested). In Da Nang, I also happen upon a dress rehearsal for New Year performances by high school music and dance groups. Lots of complicated choreography ending with someone being tossed into the air, while the solemn music gives the heart no choice but to burn with hot love for the socialist homeland.
Slightly further north is the city of Huế , famous for its walled Imperial City, with impressive palace-temple buildings and imposing gates. In addition, scattered around Hue are many tombs of Vietnamese rulers and other nobles—my favorite is definitely the Khai Dinh tomb complex, with an over-the-top ceramic hall where the emperor’s remains lie.
Continuing north, I reach Cat Ba Island (stopping by the quite pleasant Haiphong on the way), which is a kind of extension of Ha Long Bay, offering the same breathtaking views of fantastically formed rocks sticking out of the noble blue sea, but at a lower price and with fewer crowds.
The next stop is Tam Dao, specifically the local bear rescue center (Vietnam Bear Rescue Center), where I have the pleasure of creating video material for Animals Asia, the organization behind this project. A beautiful idea and effective implementation, thanks to which these wonderful animals were rescued from so-called “bile farms.” If anyone doesn’t know what that’s about, I’ll explain briefly: bear bile in traditional Asian medicine, especially Chinese, is a highly valued remedy obtained by forcing a tube into the gallbladder of a defenseless animal locked in a cage, followed by years of painful extraction. The Chinese also believe in the magical-medical power of a bear’s paw, so these types of mutilations are not uncommon either. Thanks to the organization’s involvement, after many years of torture, this practice was ended and the bears were placed in a beautiful location where they can live out the rest of their lives comfortably and stress-free.
Time for the grand finale: Hanoi, the capital. I proceed to sightseeing for a couple of days. I skip the long-queued Ho Chi Minh Mausoleum, where you aren’t allowed to take even half a photo. Instead, I walk the center far and wide and catch the Vietnamese New Year (this time it falls on February 17). Thus, I end the journey through Vietnam with a bang, to the accompaniment of fireworks.
//
Na granicy z Kambodżą naburmuszony wietnamski mundurowy wściekle wbija pieczątkę i rzuca paszport – trochę w twarz, a trochę do rąk własnych (chwała mu za to, że szybko i bezproblemowo). Parę kroków dalej robi się zdecydowanie bardziej przyjaźnie – pani zawiadująca przygraniczną toaletą wymienia dolary na dongi po uczciwym kursie i próbuje zorganizować mi transport autobusem (za wysokie ceny jak na mój gust, postanawiam urządzić sobie spacer-zwiad i paręset metrów dalej znajduję firemkę oferującą minibusy w niższej cenie, w zaskakująco wysokim standardzie – arcywygodne fotele, działające WiFi!).
W Ho Chi Minh City (dawniej Sajgon) najtańsze noclegi można znaleźć w dość szemranej dzielnicy. Trafiam do domu starszej pani z szerokim uśmiechem, skłonnej do lekkiej negocjacji ceny (za to nieskłonnej do sprzątania pokoju – trochę strach włączać światło). Nazajutrz: ogarnięcie wypłaty z bankomatu (w Wietnamie praktycznie nie ma możliwości płacenia za zakupy zagraniczną kartą), wizyta w Decathlonie i zwiedzanie atrakcji turystycznych. Moje ulubione miejsce to Ho Chi Minh City Museum, które stara się przyciągać średnio interesującymi gablotami oraz autentycznymi czołgami i samolotami, ale jego największą wartością są tabuny młodych par i influencerów urządzających sobie sesje fotograficzne w zabytkowych wnętrzach.
Na trasie z południa na północ nie wypada pominąć Hoi An – bardzo „unescowej” i turystycznej miejscowości, niepozbawionej jednak uroku, zwłaszcza w godzinach porannych, gdy pstrokate wystawy sklepików nie zaburzają jeszcze harmonii żółtej architektury. Trafiam tu przed wietnamskim Nowym Rokiem, więc powoli zaczynają się rozkręcać lokalne imprezki uliczne. Posilony miejscowym piwem zabieram się za karaoke – wspólnie z gospodarzami śpiewamy rzewne pieśni, prawdopodobnie o miłości do ojczyzny i o miłości w ogóle. W ramach rewanżu zapraszam lokalsów do odśpiewania „Baranka” Kultu, co skutkuje oficjalnym zakończeniem wokalnej części imprezy.
Następny przystanek to plażowe Da Nang z fotogenicznym mostem w kształcie smoka. Tuż obok usadowiony jest malowniczy półwysep Son Tra z pięknym kompleksem świątynnym oraz cudem natury: przepięknym dukiem wspaniałym (gatunek małpy). Można go poobserwować, bukując drogą wycieczkę lub po prostu rozglądając się uważnie w wyznaczonym miejscu (chętnie udzielę informacji o lokalizacji). W Da Nang wpadam też przypadkiem na próbę generalną występów noworocznych licealnych zespołów muzyczno tanecznych. Dużo skomplikowanych układów, na których koniec koniec ktoś musi kogoś wyrzucić w górę, a podniosła muzyka nie daje sercu wyboru i każe mu zapłonąć gorącą miłością do socjalistycznej ojczyzny.
Nieco dalej na północ znajduje się miasto Hue, słynące z otoczonego murami Cesarskiego Miasta, z nie byle jakimi budynkami pałacowo-świątynnymi i imponującymi bramami. Oprócz tego, wokół Hue rozrzuconych jest sporo grobowców wietnamskich władców i innych możnych – moim faworytem jest kompleks grobowcowy Khai Dinh z kompletnie odjechaną, wyłożoną ceramiką salą, w której spoczywają szczątki cesarza.
Kontynuując marsz na północ, docieram na wyspę Cat Ba, stanowiącą swego rodzaju przedłużenie Zatoki Ha Long (po drodze zahaczając o całkiem sympatyczne miasto Haiphong). Cat Ba oferuje tak samo zapierające dech w piersiach widoki, za to za niższą cenę i przy mniejszym obłożeniu.
Kolejny przystanek to Tam Dao, a dokładnie ośrodek rehabilitacji niedźwiedzi (Vietnam Bear Rescue Center), gdzie mam przyjemność stworzyć materiał video na potrzeby Animals Asia, organizacji odpowiedzialnej za powstanie tego niezwykłego miejsca. Te wspaniałe zwierzęta zostały uratowane z tzw. farm żółciowych. Jeśli ktoś nie wie, o co chodzi, to spieszę z wyjaśnieniem: żółć niedźwiedzia w tradycyjnej azjatyckiej medycynie, zwłaszcza chińskiej, to wysoko ceniony specyfik, uzyskiwany poprzez wtłoczenie rury do woreczka żółciowego zamkniętego w klatce, bezbronnego zwierzęcia i wieloletnia, bolesna ekstrakcja. Chińczycy wierzą też w magiczno-medyczną moc łapy niedźwiedziej, zatem i tego typu okaleczenia nie są rzadkością. Dzięki zaangażowaniu organizacji udało się zakończyć ten proceder i umieścić niedźwiedzie w przepięknym miejscu, w którym mogą wygodnie i bezstresowo przeżyć resztę życia.
To już prawie koniec, czas zatem na wisienkę na wietnamskim torcie: Hanoi, czyli stolicę. Rozpoczynam kilkudniowe zwiedzańsko. Odpuszczam sobie okolejkowane mauzoleum Ho Chi Minha, w którym nie wolno wykonać nawet pół zdjęcia. Obchodzę za to centrum wzdłuż i wszerz oraz zaliczam wietnamskiego Sylwestra (tym razem wypada 17 lutego). Podróż po Wietnamie kończę zatem z przytupem, w akompaniamencie fajerwerków.
Ho Chi Minh City (Saigon):


















Hoi An:


















Da Nang:















Huế:























Haiphong:












Cat Ba:










Bears of Vietnam Bear Rescue Center in Tam Dao:



Hanoi:

































