Gori, Mtscheta… 2010.07.17

Heavy rain during the night made us leave the place late – we had to dry our tents…

The weirdest museum in the world is to be found in Gori. An impressive palace in city centre hosts an exhibition documenting and glorifying the most famous Georgian person in whole history – Joseph Vissarionowich Stalin. And let there never be anyone to break his record in genocide achievements… We don’t bother to pay the entrance, seeing the place from a distance is quite enough for us. We only have a look at the luxury train coach used by Stalin and the house where he was born – transported and built into the square in front of the museum. Shockingly tu us, the cult of the Great Leader still exists in Gori and the locals always propose a toast to his memory…

We trade surreal Gori for spiritual Mtscheta. We start with Samtavro monastery where a service is being held. Quiet angel chants fill the interior… This is where we start a sort of a photo competition – we get carried away a little and we end up being thrown out of the church.

Sveti Cchoveli is a monastery that impresses us with its dimentsions… We also get to see the ceremony of baptism and confession (the confession is held in an almost chat-like form).

We won’t make it to the third monastery today – we have to put up our tents next to the river before it gets dark.

***

Nocna ulewa nieco opóźnia nasz wymarsz – musimy poświęcić dłuższą chwilę na wysuszenie namiotów…

Najdziwaczniejsze muzeum świata mieści się w Gori. Okazały pałac w centrum miasta wypełnia ekspozycja ku czci najbardziej znanego Gruzina w historii świata – Józefa Wissarionowicza Stalina. I oby żaden Gruzin (ani nie-Gruzin) nie prześcignął go w jego niebywałych osiągnięciach ludobójczych… Wstęp płatny, choć nawet gdyby był darmowy ciężko byłoby nam się zmusić do wejścia. Ograniczamy się do zerknięcia przez szybę do wnętrza prywatnego luks-wagonu Stalina i krótkiego obchodu domu, w którym Stalin się urodził, przeniesionego w całości na plac przed muzeum i obudowanego kolumnadą i zadaszeniem z jaśniejącą gwiazdą pięcioramienną… Obrzydliwy dla nas, kult Wielkiego Wodza wciąż panoszy się wśród Gruzinów z Gori, wznoszących zań toast na każdej imprezie…

Po surrealnym Gori wybieramy się do uduchowionej Mtschety. Na pierwszy ogień idzie monastyr Samtavro, w który właśnie odbywa się msza. Cichutkie anielskie śpiewy wypełniają przestrzeń kościoła, autentycznie chwytając wchodzących za serce… Tu właśnie rozpoczynamy wewnątrzwycieczkowe zawody fotograficzne (z wyłączeniem Chrisa, któremu zapchała się pamięć w telefonie komórkowym), co skutkuje wyrzuceniem nas ze świątyni przez zniecierpliwione zakonnice.

Kolejny monastyr – Sveti Cchoveli – imponuje rozmiarami, a ponadto udaje się nam podejrzeć chrzest a także spowiedź, która odbywa się niemal publicznie, w formie luźnej rozmowy (tak to przynajmniej wygląda z boku).

Na trzeci monastyr brak dziś czasu – przechodzimy do noclegu nad rzeką, regenerując się 12-procentowym piwem o dźwięcznej nazwie Karva.

Gelati, 2010.07.16

From heights we come down to flats and to roads not completely filled with holes. We arrive at Gelati and its monastery, founded in 1106 by king David the Builder. Part from cult purposes, the monastery was used as academy and place for burying the kings. Countless saints glaring at us and silent murmuring by monks create quite an atmosphere…

We put up our camping a couple of meters away from monastery walls, trying hard to avoid excrements manufactured by cows strolling just everywhere, including the cemetery.

***

Z gór wysokich przemieszczamy się ku bardziej płaskim terenom i mniej dziurawym drogom. Docieramy do Gelati i jego monastyru, ufundowanego 1106 r. przez króla Dawida Budowniczego. Oprócz funkcji związanych z kultem, monastyr służył również m.in. jako akademia i miejsce pochówku królów. Święci łypiący z niezliczonej ilości fresków i tajemnicze mamrotanie mnichów wieczorową porą wprowadzają w szczególny nastrój…

Rozbijamy obozowisko parę metrów od murów monastyru, nieźle się gimnastykując celem uniknięcia władowania się w krowie placki, których autorki wałęsają się dosłownie wszędzie, łącznie z cmentarzem.

Mestia, 2010.07.14

The road to Svanetia region was not easy at all – our favourite driver, Bartek (he wouldn’t let anyone else drive the car in those difficult conditions) went on cursing for quite some time because of all the holes, puddles, stupid cows and speeding mad drivers…

But the views we got to see in Mestia made up for all of that… Mountains, glaciers and the famous Svanetia towers (many of them built in 9-12th century) used as a hideout during vendetta activities popular in these parts… Extra tourist attraction, after reaching the Chalaadi glacier, was William Osgood Field, American traveler and photographer who documented this area in 1920s, incarnated by one Georgian actor shooting a documentary. The film crew treated us to a little bit of chacha whose alcohol content is somewhere 40 and 70%…

Another odd thing: before reaching Svanetia, we lost our way and entered Abkhazia, where it is not allowed to entered due to political situation. But the guards seemed to have forgotten to close the barrier. We stayed in that province for a whole 5 minutes:)

***

Droga do Svanetii nie była usłana różami – nasz ulubiony kierowca, Bartek (prowadzenie auta na trasie górskiej przez inne osoby nie wchodzi w grę) układał coraz to nowe wiązanki inspirowane wybojami, kałużami, tępymi krowami spacerującymi środkiem drogi i piratami drogowymi, zdającymi się w ogóle nie dbać o własne samochody…

Jednak widoki, których uświadczyliśmy w Mestii wynagrodziły wszystko – góry, lodowce i przede wszystkim słynne wieże rodowe, pobudowane często między IX a XII w., służące za schronienie przy międzyrodzinnych porachunkach, rzecz charakterystyczna dla Svanetii właśnie… Dodatkową atrakcją po dotarciu do lodowca Chalaadi był spacerujący po nim William Osgood Field, amerykański podróżnik i fotograf działający na tych terenach w okresie międzywojnia, odtwarzany przez gruzińskiego aktora na potrzeby kręconego tu właśnie filmu dokumentalnego. Ekipa filmowa poczęstowała nas czaczą, której procentowość pozostaje nieodgadniona, zawierając się w przedziale 40-70%.

Z innych ciekawostek: zanim dotarliśmy do Svanetii, przez pomyłkę zajechaliśmy do Abchazji, do której wjeżdżać w zasadzie nie wolno, ale strażnicy (dość ślamazarni, acz mili misiowaci panowie) najwyraźniej zapomnieli zamknąć szlabanu… W Abchazji posiedzieliśmy jakieś pięć minut:)

Kobuleti, 2010.07.13

After all the dirt and stench of the previos night, staying in Kobuleti was a really nice change. Clean beach, something like tourist infrastructure, numerous little shops… We get fresh water from wells located in poeple’s backyards – they are always happy to help a Polish person…

A historic event happened in Kobuleti – Bartek let somebody else (me, more precisely) drive Patricia. She was alright, Bartek got neuralgia…

***

Po brudzie i smrodzie nocy poprzedniej pobyt w pobliskim Kobuleti to przyjemna odmiana. Czysta plaża, coś na kształt infrastruktury turystycznej, liczne sklepiki… Wodę pitną dostajemy od przygodnie spotkanych osób, zapraszających do swoich domostw i nalewających do naszego kąpielowo-kuchennego kanistra wody ze studni – wszyscy zawsze chętnie pomagają Polakom…

W Kobuleti następuje również wiekopomne zdarzenie – otóż Bartek zezwala na prowadzenie Patrycji przez innego mężczyznę, a konkretnie niżej podpisanego. Patrycja czuje się dobrze, Bartek dostaje nerwobólów.

Batumi, 2010.07.12

Georgia!

Making our way through the border was not easy – a stamp here, another one there, look in the camera… The other side greets us with completely unfamiliar writing and armies of cows walking the roads as if they didn’t care… We felt as if we were in India.

We entered Batumi – architectonic chaos masterpiece. We walk nearby bazaars – picturesque, that’s for sure – and shops, then we set off to look for some god looking beach to spend the night.

Not much of a choice – the cost near Batumi is poured with stones and topped with rubbish. And this is where we made Chris pass the first exam in his polishness – applying suitable quantities of pepper flavoured vodka.

***

Gruzja!

Przedarcie się przez granicę potrwało dłuższą chwilę – tutaj pieczątka, tam stempel, gdzie indziej źrenica do obejrzenia… Po drugiej stronie witają nas niezrozumiałe szlaczki i tabuny krów wałęsających się po dziurawych drogach. Przez chwilę zastanawiamy się, czy aby zanadto się nie rozpędziliśmy i nie dojechaliśmy do Indii…

Wjeżdżamy do Batumi – arcydzieła chaosu urbanistycznego. Robimy krótki obchód po okolicznych bazarach (malowniczych, jakżeby inaczej) i sklepikach i ruszamy za miasto w poszukiwaniu plaży, która się nam nada do biwakowania.

Wybór jest niewielki – wybrzeże w okolicach Batumi posypane jest kamieniami z dodatkiem śmieci… W takich właśnie okolicznościach wtajemniczamy Chrisa w arkana polskości, stosując pomoce dydaktyczne w postaci lokalnej wódki o smaku paprykowym.

Tortum, 2010.07.11

We were going as fast as we could to get to Georgia before the night but beautiful surroundings near Tortum made us stop. We didn’t even have to say anything – we just new that this was the perfect place to camp – mountains, little river, soft sand… And Bartek could put his car to offroad test which almost ended up with Patricia getting trapped in deep mud…

In the morning we went to see the nearby Osk monastery (built in 10th century). Picturesque-ruinesque, with lots of pigeons cooing from cracks in the walls…

***

Pędziliśmy ile sił w kołach Patrycji ku Gruzji, jednak niedaleko Tortum piękne okoliczności przyrody zmusiły nas do zatrzymania. Właściwie bez słów zrozumieliśmy, że to idealne miejsce na kemping – góry, rzeczka, niebywale delikatny piasek, po którym – nie mogłem się oprzeć pokusie – zacząłem człapać jak dzieciak… Dla Bartka była to również świetna okazja do poszalenia autem w malowniczym terenie (co o mały włos skończyłoby się skutecznym zakopaniem Patrycji w głębokim błocie)…

Z rana natomiast ruszyliśmy zwiedzać pobliski monastyr Osk z X w. Stan malowniczo-ruinowaty, z pogruchującymi nastrojowo gołębiami pochowanymi w pęknięciach ścian…

Kemaliye, 2010.07.10

Getting to Kemaliye took quite a while – mostly because of the Dark Canyon where we could not resist… We had to take photos once in a few hundred meters. The beauty of it was overwhelming.

Late afternoon we arrive in the town of Kemalie (hometown of Serkan who hosted me in Vize), population of 2250, not yet flooded with tourists – but that will change soon as this place is far too beautiful to be left intact. We sleep in little boats in the miniharbour, except for Bartek who always stays in his car for night.

In the morning Patricia is quite unhappy and she won’t have her engine started. We have to get policemen to come down to our little harbour and help us charge the battery. Teshekur ederim!

***

Dojazd do Kemaliye trwa nadspodziewanie długo – wszystko przez Ciemny Kanion, bezwzględnie i uparcie nacierający na nas ze swoimi pięknymi widokami, które – ma się rozumieć – wymagają szczegółowych fotosesji.

Późnym popołudniem udaje nam się jednak dotrzeć do Kemaliye (rodzinnego miasteczka Serkana poznanego w Vize), w którym ledwie 2250 mieszkańców zasiedla malowniczo porozrzucane domki, a do którego potop w postaci armii turystów jeszcze nie dotarł (kwestia czasu – przy walorach tego miejsca – niespecjalnie długiego). Tym razem nocujemy w łódkach przymocowanych do minipomostu w miniprzystani (wszyscy z wyjątkiem Bartka, który tradycyjnie śpi w aucie).

A nad ranem Patrycja odmawia posłuszeństwa – dowiadujemy się, że ładowanie wszelkich baterii z przetwornicy przy wyłączonym silniku jest ponad siły naszego wehikułu. Skórę ratują nam policjanci z zatrzymanego przeze mnie radiowozu, pomagając nam w naładowaniu akumulatora. Teshekur ederim!

Nemrut, 2010.07.09

Nemrut put our vehicle into a real test – steep and winding road uphill made her really tired. And when we were going down our poor Patricia had her brakes sligthly burnt.

But it was well worth it. Nemrut mountain really is impressive – not only thanks to its sculpted stone heads that lay next to the bodies sitting on thrones, manifesting the power of Kommagena’s king, Antioch Teos (1st century B.C.) but to severe yet beautiful landscape panorama. Fotas, fotitas!

While Patricia is cooling down we discuss the next stages of our trip. We will go together at least until Pamir Highway in Tajikistan, then Bartek will have to go back home… And the rest of our team will go their way(s).

As far as the team is concerned – it gets bigger as Chris (English, young, trip of the life) joins in. We met him in the nearby camping site where we also get rid of all the useless stuff we were carrying and offer it to a slightly confused host, Mr. Osman.

***

Nemrut dał wycisk naszej terenówce – strome podjazdy, wijąca się droga, a w drodze powrotnej przepalone hamulce i przymusowy postój na schłodzenie skołatanych nerwów kochanej Patrycji… Zdecydowanie było jednak warto. Góra Nemrut robi spore wrażenie – nie tylko swoimi kamiennymi głowami, odpadłymi od korpusów zasiadających na tronach wokół krhanu usypanego u szczytu góry (rzeźby te które wyglądają na nieco mniejsze niż na folderach… Co wcale nie znaczy, iż rozczarowują – co to to nie!), manifestując potęgę króla Kommageny Antiocha Theosa, urzędującego w I w p.n.e., ale również pięknym w swej surowości pejzażem rozpościerającym się dookoła. Fotas, fotitas!

Gdy po południu Pati się studzi, my opracowujemy ciąg dalszy wyprawy. Nasza wspólna podróż potrwa na pewno do Pamir Highway w Tadżykistanie, po czym Bartek będzie musiał zawrócić… A reszta ekipy podąży na wschód własnymi siłami.

A propos ekipy – na następnych kilka dni powiększy się ona o jednego zawodnika – wieczorem, na pobliskim kempingu u pana Osmana chęć towarzyszenia nam podczas etapu gruzińskiego zgłasza niejaki Chris (Anglik, młodość, żywioł, podróż życia), który dotarł do Nemrut metodą łączoną autostopowo-autobusową. Przed ruszeniem w drogę wietrzymy nieco zawartość bagażnika i obdarowujemy wyraźnie zakłopotanego pana Osmana mnóstwem bezużytecznych gratów.

Kahta, 2010.07.08

Another transporting day leading us to Kahta, a town some forty kilometers from our next goal – Nemrut mountain. We were the only customers of the lousy camping we found, except for one Australian guy riding his motorcycle all around Turkey. The news we got from him made us think about changing our traveling plans… We don’t have the carnet de passage for our car and that makes it impossible to cross a number of countries on the way… We will think about it tomorrow.

***

Kolejny dzień transportowy, a zwieńczeniem jego była Kahta, miasteczko oddalone o kilkadziesiąt kilometrów od naszego kolejnego celu – góry Nemrut. Nocleg na kempingu u antypatycznego typa urozmaica nam rozmowa z Australijczykiem śmigającym przez Turcję na motocyklu. Rozmowa ta okazuje się być jednym z czynników powodujących nagły zwrot w naszych planach wyprawowych. Zdajemy sobie mianowicie sprawę z tego, iż niewykonalnym jest dojechanie autem na Antypody bez dokumentu zwanego carnet de passage, którego załatwienie przed wyjazdem odpuścił sobie Bartek, licząc na improwizację po drodze. Zanosi się jednak na to, iż słynna polska improwizacja nie sprawdzi się w tym przypadku… Ostateczną decyzję co do dalszych planów podejmiemy nazajutrz…

Karatas, 2010.07.07

Scan Holiday type of day, to use the name coined by Bartek… Camping at the beach in Karatas next to Adana was not exthetically appealing… Dark sand, stinky… We were quite happy with water temperature, though – it felt like swimming in a soup. Another suprise came in the evening – local youngsters offered us to wash our dirty clothes in a proper washing machine! How great!

***

Dzień typu Scan Holiday, że pozwolę sobie użyć określenia autorstwa Bartka… Biwak na plaży w Karatas pod Adaną nie dostarczył szczególnych wrażeń estetycznych… Brudnopiaszczyście, niekorzystnie zapachowo… Mile zaskoczyła nas za to temperatura wody – czuliśmy się trochę jakbyśmy pływali w zupie. A pod wieczór kolejna miła niespodzianka – miejscowa młodzież zaofiarowała się, że wypierze nam ciuchy w prawdziwej pralce! Cudności!